
O miłości, psychoanalizie i potrzebie posiadania kawałka własnego miejsca na ziemi, do którego się wraca, gdy nam źle opowiada mi jeden z ojców polskiej alternatywy i czołowa postać polskiej sceny muzycznej – Artur Rojek, który po sześciu latach powraca nową płytą solową zatytułowaną „Kundel”.
Anna Gromnicka: Wiesz, bałam się tego albumu, bo przecież kiedyś twierdziłeś już, że powiedziałeś wszystko, co masz do powiedzenia na poprzedniej płycie. Jak jest teraz?
Artur Rojek: Ja w pewnym sensie na tamten czas powiedziałem bardzo dużo. I w kontekście tej mojej psychoanalizy płyta „Składam się z ciągłych powtórzeń” gdzieś wyczerpała temat na dłuższy czas . Pomimo to, że ktoś, kto jest odbiorcą może mieć do tego inny dystans i nie przeszkadza mu, że po raz kolejny rozkładam się na części pierwsze, to ja mam do tego trochę inne podejście i mam poczucie, że nie chciałbym znów zajmować się tym samym. Przy okazji to nie znaczy, że nigdy do tego nie wrócę. A kolejna rzecz: własna psychoanaliza, żeby osiągnąć jakiś taki satysfakcjonujący dla samego siebie poziom, jest strasznie trudną rzeczą.
Bardzo trudną…
Tak. Więc od początku podszedłem do tej płyty z innym nastawieniem. Pomyślałem sobie, że stworzę historię na podstawie której zbuduję resztę.
No i tak się stało.
Wracając do twojego pytania, o to, że wtedy powiedziałem wszystko. Rzeczywiście – wtedy powiedziałem wszystko. A teraz staram się tę historię opowiedzieć w trochę inny sposób.
Pytam, bo stworzyłeś do spółki z Radkiem Łukasiewiczem kundla – czyli człowieka zwyczajnego, który wie, że w co byśmy nie wierzyli, ostatecznie i tak wszystko stracimy. Śpiewasz: „kiedy każą mi być kimś, mieć bielszy uśmiech, jestem sobą bardziej i, mam zęby żółte”. Czyli pozornie głupi, kundel jest jednak mądry… A może inaczej – pozornie przegrany, jest jednak wygranym.
Postać kundla jest dla mnie bardziej wzorem, ratunkiem, niż antywzorem czy czymś obraźliwym. Szukanie klucza na całą historię, było próbą znalezienia trochę takiego światła w tunelu. Koncept wychodził ze mnie, ale nie miał się skupiać na jednostce tylko na większej grupie.
Czyli jaki był pomysł na to wszystko?
Od strony technicznej od najpierw powstał koncept, powstały ramy. I tutaj we współpracy z Radkiem te ramy były bardzo mocno egzekwowane. Pojawienie się też tutaj osoby wspierającej pozwoliło też odkleić się od siebie samego. I poszukiwanie tych zewnętrznych tematów było rozległe. Pamiętam, że ja zacząłem od takich dużych rzeczy: od Holocaustu, od historii miasta, które w latach 70. było doszczętnie zburzone przez trzęsienie ziemi – od bardzo poruszających historii, które finalnie i po czasie, jakiego potrzebowałem, żeby te historie się trochę odstały, doprowadziły do tego, że zająłem się w końcu jednostką , nieprzewidywalnym doświadczeniem. Główne założenie było takie, że jeżeli myślisz, że przeżyłeś najgorsze, to wiedz, że dalej w życiu taryf ulgowych nie będzie.
Ono znowu może cię doświadczyć…
Tak. I jeżeli to wszystko jest tak niezależne od ciebie i nie wiesz, co się stanie jutro, to co jest najważniejsze? Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy ludzie kompletnie o tym zapominają w pogoni za potrzebą bycia widocznym za wszelką cenę. Za potrzebą bycia niezwykłym, idealnym, pięknym, bogatym.
Przekreślasz takie tendencje totalnie? ,
Ja nie twierdzę, że w tym tkwi tylko zło, bo nie ma nic złego w tym, ze ktoś chce coś wymyślać i dzięki temu zarabiać pieniądze. Nie ma nic złego w tym, że ktoś chce się cieszyć życiem. Nie ma nic złego w tym, że ktoś chce dobrze wyglądać, dobrze się odżywia, biega czy spędza czas na siłowni, tylko chodzi o to, żeby nie zapominać kim tak naprawdę jesteśmy i w jakiej rzeczywistości funkcjonujemy. W rzeczywistości takiej, która jutro może to wszystko rozpieprzyć na drobne kawałki.
Od czego to zależy?
Od różnych czynników – od zdrowotnych, po czynniki związkowe, rodzinne, kataklizmy, wojny i tak dalej. I dlatego ta postać kundla z płyty ma takie symboliczne znaczenie. To postać kogoś zwykłego, przeciętnego, a jednocześnie skupionego na prawdziwości w nas, na rzeczywistości, na prostych rzeczach w nas. To ktoś, kto zdaje sobie sprawę z poziomu aspiracji w stosunku do tego, w jakim my funkcjonujemy świecie.
Czy to twój wielki hymn do zwyczajności? Apoteoza zwykłości?
Nie użyłem może słowa „apoteoza”. Jestem częścią tego systemu i tęsknię często za zwykłością. Bo jeżeli nie jesteś w stanie zawładnąć tym wszystkim, jak zaczynasz wchodzić w to wszystko głębiej i zaczynasz sobie zdawać sprawę z kruchości swojego życia, to zaczynasz dostrzegać te małe elementy, których nie widzisz, kiedy o nich nie myślisz i nie zdajesz sobie z tego sprawy. Myślę, że doskonale to widać teraz, kiedy ludzie skazani na siedzenie w domu albo skazani na bycie samemu lub spędzanie czasu zupełnie inaczej niż do tej pory nagle zaczynają zauważać coś, czego do tej pory nie widzieli. I paradoksalnie ten hymn do zwykłości, ta apoteoza zwyczajności trafiła w takie czasy, kiedy nabiera to zupełnie innego znaczenia niż do tej pory.
Czy ty już jesteś sklejony z tymi tekstami? Było Ci łatwo czy trudno je zaakceptować? Na rzecz romansu z popem odchodzisz od psychoanalizy i wsadzania cyrkla w dłoń, jak to miało miejsce na „Składam się z ciągłych powtórzeń”. Tworząc takie ramy dla tej płyty chciałeś wyciągnąć ten cyrkiel?
Wiesz co, to był też proces. To trwało długo. To nie była współpraca, która opierała się na zamówieniu czegoś, to była bardzo twórcza praca wszystkich nas trojga, producenta Bartka Dziedzica, Radka i moja. To był twórczy i długi proces, który też sprzyjał potwierdzeniu i akceptacji pewnej formy, tego, co nam tam razem w realizacji jej wyszło. Trudno też powiedzieć, czy ja jestem tak bardzo z tym sklejony, bo zagrałem do tej pory tylko cztery koncerty. Piosenki weryfikuje się na koncertach poprzez granie ich i ciągłe powtarzanie, przez badanie reakcji ludzi i reakcji swoich, więc ja niestety nie miałem okazji tak przetrawić tego wszystkiego poza nagraniem.
O takiej muzyce jak ta z tego albumu, Anglosasi mówią: „grown-up men music”. Czy czujesz swoją pozycję, jako artysty?
W sensie jako dorosłego mężczyzny?
Po pierwsze jako dojrzałego mężczyzny, który niejedno w muzyce przeszedł i w pewnym momencie pozwolił sobie na taką woltę, a po drugie jako człowieka, który wiele znaczy na polskiej scenie muzycznej?
No jak mi to mówisz, to jest mi przyjemnie. Ale poza tym to nie – nie czuję tej pozycji. Wiem, że ludzie potrzebują doświadczać nowych piosenek czy lubią tłumnie przybywać na koncerty. I patrząc ile lat już jest za mną, a także na to, że cały czas udaje mi się utrzymać przy sobie zarówno tego młodszego, jak i tego starszego odbiorcę, to ja to odczuwam i cieszę się z tego bardzo, ale to wynika z takiej podświadomej strategii, jaką gdzieś tam w życiu podjąłem – co nie było w żaden sposób zaplanowane – ja po prostu mam taką naturę, że nie chcę i nie chciałem nigdy tkwić w jakimś standardzie. I nawet jak byłem w Myslovitz, to starałem się robić rzeczy inne, bo coś mnie tam zawsze gdzieś ugniatało. Dlatego po drodze angażowałem się w różne inne projekty.
Co się działo po odejściu z Myslovitz?
No właśnie coś mnie gniotło, że to nie może być kontynuacja tego, co było tam. Potem znów mnie coś gniotło, że to nie może być kontynuacja tego, co stało się na pierwszej płycie solowej. Wydaje mi się, że te wszystkie podświadome ruchy doprowadziły do tego, że cały czas funkcjonuję na własnych zasadach.
Nie bez kozery Joseph Korzeniowski, pisząc „Jądro ciemności” ustanowił głównym bohaterem człowieka po 40. Jak ty przeszedłeś przez swoją smugę cienia? Niezauważalnie czy z przytupem?
Paradoksalnie przeszedłem gorzej przejście z 30. Ten czas był dla mnie takim wstrząsem i takim momentem wielu zawirowań w moim życiu. Ja myślę, że ten moment wyjścia z takiego nie do końca dorosłego życia, wejście w tę rzeczywistą dorosłość, to był dla mnie taki moment świadomości, że coś się dla mnie zmienia. I ja nie potrafiłem stanąć wobec tego jakoś tak jasno, jasno się określić. Pamiętam, że w tamtym czasie miałem bardzo dużo dziwnych przeżyć i tam nastąpiło kilka poważnych wstrząsów. Natomiast jak miałem 35 lat, urodził się nasz pierwszy syn i to było bardzo ważne dla mnie przeżycie, które też było związane z moja sytuacją wcześniej – z moimi wyobrażeniami, obawami. Dzięki temu zacząłem mieć większą jasność, dokąd w ogóle zmierzam. Więc 40. po mnie spłynęła – nie miałem takich obaw.
Czyli przedwcześnie dojrzałeś!
No chyba tak – przed 35 r. życia. Wtedy przeżywałem to, co się zwykle zdarza po 40. Ale różnie można na to patrzeć. Ja na przykład nie przeżyłem takiego klasycznego buntu w wieku kilkunastu lat – jak czasami czytam czy ktoś opowiada ze znajomych. Ja ten bunt przeżywałem trochę później i trochę inaczej. Zamykając się w sobie .
Na nowej płycie chciałeś trochę odejść od tego smutku – twojego znaku rozpoznawczego. Ale moim zdaniem się nie udało. Ta płyta ma bardzo smutne momenty…
Nie, no może to wynika z mojego głosu, że nawet jak będę śpiewał wesołą piosenkę, to i tak wszyscy stwierdzą, że jest smutna… To nie jest na pewno wesoła płyta, tam jest bardzo dużo takich mało wesołych treści i zdaję sobie z tego sprawę, ale mnie bardziej zależało na wyjściu z psychoanalizy, bo ja jak wchodzę w siebie, to też inny rodzaj energii generuję. Wydaje mi się, że ta melancholia i smutek, który jest oparty wyłącznie o mnie samego, jest czymś innym niż ta melancholia, która jest na nowej płycie. To jest trochę inna rzecz. O to mi chodziło – żeby się od siebie trochę oderwać. Ja do tego prędzej czy później wrócę. Ale nie chciałem wracać teraz.
Kreacja to jednak część naszego ego. Ty śpiewasz – daj sobie prawo do życia w zgodzie z sobą. Tylko, że To tak naprawdę wcale nie jest łatwe. Czy ty uważasz, że twoi fani, a jest ich wielu, czy uczestnicy OFF Festivalu, którego jesteś szefem i pomysłodawcą, mają ochotę na taką dekonstrukcję ich osobowości, na demaskację ich przyzwyczajeń? Ludzie rzadko pozwalają sobie na taką szczerość wobec samych siebie…
Wydaje mi się, że większość nie ma na to ochoty.
Tak jest.
Większość ludzi nie chce wychodzić ze strefy komfortu. Kiedyś myślałem, że wyjście poza tę strefę może być dla kogoś dużym przeżyciem. Takim oczyszczającym wręcz. Ale z czasem zorientowałem się, że takich ludzi jest o wiele mniej niż sądziłem. Większość chce jednak pozostać w swoich bezpiecznych ramach i nawet jeśli deklaruje jakieś zmiany – to są to zmiany kontrolowane. Aczkolwiek wcale mnie to nie powstrzymuje, żeby poeksperymentować samemu i robić to, co uważam za dobre, czyli wychodzić poza tę strefę – w pewnym sensie pracuję w usługach i natura mnie pcha w taką stronę, żeby sobie na to pozwalać.
Twój bohater to też człowiek, który stara się ustawić w kontrze do tego, co obowiązujące i zastane: przede wszystkim do kultury Instagrama. Mówi: „staję się kundlem, by nie trwać sekundę”. Jak ty odbierasz ten fenomen? Co cię w nim razi a co Ci pomaga?
Ja w ogóle nie mam żadnego negatywnego podejścia do jakichkolwiek instrumentów socialowych. Dyskomfort pojawia się wtedy, gdy dochodzi do nadużyć – chodzi mi o nadużycia w stosunku do samego siebie. Jeżeli ktoś usiłuje przez coś, co stanowi jego taką zasłonę dymną stworzyć siebie nowego, innego, upodobnić się do pewnych standardów, i staje się taką masą, w którą pchają tę osobę media, albo aktualnie modne wpływy – to to jest rzecz, która mnie bardzo irytuje. I jeśli mówię coś negatywnego o tym, to mówię właśnie w takim kontekście. Ale w takim kontekście mogę mówić nie tylko o Instagramie czy Facebooku, bo to są podstawowe nasze narzędzia współcześnie. Gdyby jednak nie było Instagrama i Facebooka to ludzie być może mieliby inne narzędzia, by przekraczać tę granicę, która jest irytująca.
Obserwujesz młodsze pokolenia pod tym kątem?
Tak, mówię o tym z takiej perspektywy, że sam mam dzieci, sam też funkcjonuję w tej kulturze, sam podlegam pewnym naciskom i widzę, jak podlegają tym naciskom moje dzieci. Widzę, jak to zmienia relacje i jak zmienia energetycznie stosunki międzyludzkie. Gdybym tego nie odczuwał, to nie poświęcałbym temu czasu. Nie chodzi o to, że ja jestem mądrzejszy i widzę, że inni tym trendom ulegają. Mówię bardziej o swoich uczuciach względem tego fenomenu. Ja nigdy temu nie uległem, ale widzę, jak blisko jestem czasami albo jak bardzo blisko przekroczenia tej granicy są moje dzieci. Ale bardziej chodziło mi o to, żeby zwrócić uwagę na to, jak ja to odczuwam.
Przez lata funkcjonujesz na południu Polski, masz tam swoją małą ojczyznę. Mówiłeś mi kiedyś już, że właściwie nie potrzebujesz Warszawy, jak większość artystów, żeby dobrze funkcjonować. Czy świadomość, że tam masz swoje miejsce na ziemi ci pomaga kiedy czujesz, że coś idzie nie tak?
Myślę, że świadomość posiadania domu w szerokim tego słowa znaczeniu, czyli tego bezpiecznego miejsca na ziemi, do którego zawsze możesz wrócić pomaga bardzo. To tak samo, jak znajdujesz się w jakichś bardzo trudnych warunkach, wspominasz rzeczy, które kiedyś, w dzieciństwie miały dla ciebie duże znaczenie, np. to, że mama przygotowywała zawsze w czwartek twoją ulubioną potrawę. Tak samo świadomość posiadania domu, jeśli jesteś gdzieś bardzo daleko albo w sytuacji niekorzystnej dla ciebie, pomaga. Jest nadzieja. Jest miejsce, do którego będziesz miał szansę wrócić. Ja, im więcej mam lat, to tym bardziej to doceniam.
Rodzina pomaga czy przeszkadza artyście?
Ja funkcjonuję już inaczej niż kiedyś, te zajęcia mam trochę podzielone. Wszystko wydaje mi się, zależy od człowieka. Nie chciałbym się wypowiadać na temat wszystkich artystów, bo każdy jest trochę inny. Być może są tacy artyści, którzy potrzebują totalnej wolności albo są tak trudni w życiu rodzinnym, że nie polecałbym komuś takiemu wiązania się z nikim. Natomiast jeśli ktoś potrzebuje rodziny i zarazem potrzebuje też życia artystycznego, to nie widzę przeszkód. Myślę, że ktoś taki jest w stanie to spokojnie realizować. Nie jest to łatwe, ale co jest?
Twoi synowie są lub mogą znaleźć się wśród twoich fanów czy to wykluczone?
Nie, oni nie postrzegają mnie w ten sposób na ten moment. Byli na zaledwie kilku koncertach i to w takiej dość dużej rozpiętości czasowej, więc nie interesują się moją twórczością jak klasyczny fan. Zajmuje ich w życiu zupełnie inna muzyka i zupełnie inne rzeczy. A mnie traktują przede wszystkim jako swojego tatę i bardziej kojarzą mnie nie z tym, że zajmuję się śpiewaniem piosenek, a z tym, że robię im śniadania w domu i gram z nimi w piłkę.
Na mojej ulubionej piosence z płyty, „W nikogo nie wierzę tak, jak w ciebie” jest mowa o wiernej, dobrej miłości. Śpiewasz, że „kochać to za mało, wciąż cię lubię”. Miłość może mieć moc ocalającą? Pytam o to szczególnie teraz, kiedy jest nam tak trudno w obecnej sytuacji kryzysowej.
Miłość zawsze będzie uczuciem najważniejszym – jakkolwiek będziesz ją pojmowała, czy w kategoriach miłości do siebie, czy do kogoś bliskiego czy do życia generalnie. Myślę, że miłość jest kluczem do wszystkiego.
Udało ci się na tej nowej płycie stworzyć bohatera naszych czasów. Spotykamy się w szczególnym momencie, momencie izolacji, momencie zwolnienia aktywności. To bardzo dziwny czas dla wspólnoty, jaką jest społeczeństwo. Czy też masz wrażenie, że cywilizacja, jaką znamy, doszła do ściany i teraz właśnie nastał czas na coś nowego?
Trudno jednoznacznie przewidzieć. Być może jest to początek znaczącej zmiany. Jednocześnie myślę, że może nic się nie zmienić, i jeżeli to szczęśliwie przejdziemy, to może też stać się tak, że ludzie o tym bardzo szybko zapomną.
No tak, bo już tak bywało w naszej historii.
Trudno mi prorokować, ale mam dużo wątpliwości w trwałe zmiany…


Zostaw odpowiedź