Nie ma jej już wśród nas, ale została jej muzyka. Podczas rozmowy była między nami bariera artystka – dziennikarka. To ona postawiła tę granicę, a i tak miałam wrażenie, że mówi do mnie najbardziej delikatny i skrzywdzony człowiek świata. Kobieta, bez której ostatnie dziesięciolecia w muzyce nie byłyby tym samym. Dla świata i dla mnie w szczególności. Ten wywiad przeprowadziłam dla t-mobile music z okazji premiery świetnego albumu Sinead „I’m Not Bossy, I’m The Boss”.
Z artystką, której przedstawiać nie trzeba, a która broni swej prywatności jak największego skarbu, o ostatniej płycie, religii i kościele, o tym, co jest romantycznego w rewolucji, oraz o tym, czego od niej chcą dziennikarze, rozmawia Anna Gromnicka.

Najpierw gratuluję jej odwagi. I bezkompromisowości. Mówię, że nie wiem, jak to robi, ale znów pokazuje, że ma pazury. Komplementuję nowy album, bo jest faktycznie świetny.
Już jest jednym z moich ulubionych albumów Sinead O’Connor – wyrywa mi się.
Moim też – śmieje się Sinead.
Potem zalega cisza. Mija kilkanaście sekund, zanim do mnie dotrze, że przecież nie tak wyobrażałam sobie początek rozmowy z czołową skandalistką popkultury.
Robię drugie podejście:
Ostatnio, jak byłaś w Polsce, zarzekałaś się, że twój następny album będzie romantyczny. No to jak to jest być romantyczką?
Cóż, nie wiem. Bardzo trudno to opisać… Nawet się nie zastanawiałam, jak mogłabym opisać ten stan. To tak, jakby próbować opisać muzykę w sytuacji, gdy ją śpiewasz. Ja po prostu obecnie jestem romantyczką. A może zresztą zawsze nią byłam? A może ludzie tacy jak ja po prostu wiedzą, jak się czują w określonym momencie i nie mają potrzeby opisywania tego. Myślę, że mój obecny stan lepiej oddadzą piosenki z nowej płyty.
To prawda, jest na niej sporo romantycznych piosenek, jak choćby „Streetcars”. Ale mam wrażenie, że wciąż jesteś rewolucjonistką. I to nawet bardziej niż kiedyś, w czasach „This Is a Rebel Song”.
Wiesz, uważam, że to, że jest się rewolucjonistką, nie wyklucza bycia romantyczką. Prawdę mówiąc, bycie rewolucjonistką jest bardzo romantyczne, szczególnie dziś, w czasach, gdy wszyscy wokół rewolucję dawno już mają za sobą albo wyszła ona z mody.
Rewolucjonistka, która śpiewa o religii i kościele. Ale już nie tylko jako zgromadzeniu katolików. Podoba mi się pomysł, żeby kościół porównać do wewnętrznego azylu w głowie i sercu, w którym chowamy najskrytsze myśli i uczucia, tak żeby nikt nas nie zranił.
Każdy może to interpretować na własny sposób. Bohaterka mojej piosenki – którą nie jestem, na wypadek, gdyby ktoś pytał dociekliwiej – opowiada o klatce, jaką jest dla niej małżeństwo. Kościół symbolizuje dla niej wyjście za mąż, bycie w związku na dobre i na złe i wszystkie zależności z tym związane. Moja bohaterka pojawia się w kolejnych piosenkach, rozwijając historię swojego życia. Dziewczyna zdaje sobie sprawę, jaka jest różnica między utratą siebie a zrealizowaniem się w małżeństwie. Ta kobieta idzie na kompromisy w związku, ale nie wie, czy robi dobrze. „Take Me to Church” opowiada o tym, jak moja bohaterka zaczyna rozumieć, że to nie jest miłość, tylko ciągłe ranienie się. Ona jest romantyczką, ma typowo romantyczne wyobrażenia związku. Chce mieć faceta, który będzie ją hołubił, przynosił płyty, prezenty, kwiaty. Dobrze się z tym czuje i do końca chce utrzymać tę iluzję. Ale w pewnym momencie zaczyna rozumieć, że wokół niej dzieją się straszne rzeczy, że ktoś ją rani. Śpiewa więc o tym, że chce być zabrana do kościoła (czyli zaznać miłości), ale nie do takiego, który ją rani (jak ta miłość). Bo ten kościół, którego szukała w swojej miłości, nie jest prawdą.
Słucham twojej płyty i mam wrażenie, że chcesz nią rozpocząć wszystko od nowa. Możesz oczywiście odpowiedzieć, że już poprzedni album był dla ciebie nowym otwarciem, tak jak był nim „Home”, ale tak naprawdę dopiero ten brzmi tak, jakbyś chciała wrócić do początku. Jakbyś się w ogóle nie zmieniła od czasu debiutu. Skąd się wzięła ta płyta?
Może z tego, że ja naprawdę bardzo nie lubię się powtarzać, nawet jeśli w pewnym sensie wracam do muzycznych początków. Wśród moich płyt nie znajdziesz dwóch podobnych. Od jakichś dwóch lat słucham bardzo dużo bluesa chicagowskiego – downstreet, funky blues, harmonijki, tego typu brzmienia. Magic Sam, Buddy Guy, Howlin’ Wolf i inni. Sonny Boy Williamson II i wirtuozeria jego gry na harmonijce naprawdę mnie wzruszały. Ale tak naprawdę uwielbiam grę na gitarze, wciąż wsłuchuję się w klasyczne płyty bluesowe sprzed lat. One pokazują, jak bardzo „funky” jest ta muzyka, nie tylko ze względu na jej swobodny charakter, ale też na reakcję publiczności. Ludzie na koncertach szaleją, gdy usłyszą bluesową gitarę. Oczywiście mój album nie jest albumem bluesowym, jest po prostu inspirowany brzmieniem bluesa. To nie jest smutny blues – to blues wesoły, funky, taki uniwersalny w treści.
Już nie chcesz się tak łatwo zwierzać. W „Your Green Jacket” i „Dense Water Deeper Down” widać, że na dobre odeszłaś od osobistego tonu i zaczęłaś opowiadać historie innych ludzi. Okładką też się dystansujesz: czarnowłosa, ubrana w czarną skórę, z czarną gitarą w dłoni – ile ta dziewczyna ma z ciebie?
Nie, nie. To nie tak, jak myślisz. A właściwie – i nie, i tak. Jeden z dziennikarzy powiedział mi niedawno, że dałam się tak sfotografować na okładce, bo chciałam się skryć za przebraniem. Odpowiedziałam, że możliwe, że to jest przebranie tej drugiej dziewczyny. Zasugerowałam, że być może jest tak, że wszystko, co powiedziałam na tej płycie, jest przebraniem, wszystko, co robię i w ogóle – cały świat zewnętrzny, w którym funkcjonujemy jako jednostki, jest przebraniem. Ale ja byłam trochę zmuszona do zrobienia takiej okładki.
Jak to?
Wiesz, kiedy robisz płytę o miłości, zwykle wszyscy pytają, czy to o tobie. Dziennikarze żerują na twojej prywatności, zadają pytania o to, czy jestem szczęśliwa w miłości, a może źle mi się układa. Męczyło mnie to potwornie. Uznałam więc, że muszę się schować przed wami, stworzyć jakiś rodzaj przebrania na potrzeby promocji płyty, które trochę zdezorientuje wścibskich i zamknie im drogę do węszenia prywatnych tropów. Nie mam ochoty rozważać kwestii z mojego prywatnego życia z obcymi ludźmi. Z wiekiem staję się coraz bardziej przeczulona na tym punkcie, dlatego wszystko co mówię na tej płycie, jest w pewnym sensie taką ochronną bańką dla moich uczuć i osobistych, głęboko intymnych przeżyć. Zawsze mogę zaprzeczyć, prawda?
Tytuł płyty „I Am Not Bossy, I Am the Boss” odnosi się do profeministycznego ruchu Ban Bossy, który ma kształtować w dziewczynach i dziewczynkach poczucie własnej wartości i dać im pewność, że mogą być od małego traktowane tak samo jak chłopcy. Jako matka widzę różnicę między tym, jak rodzice i otoczenie odnoszą się do dziewczynek a do chłopców. A ty ją widzisz?
Właściwie nie zobaczyłam w tym problemu do momentu, aż zaczęłam przygotowywać tę płytę i rozmyślać o tytule dla niej. Potem zdałam sobie sprawę, że różne problemy, których doświadczam w biznesie, prowadząc własne interesy i finanse, zaczynają mnie uwierać i są podejrzanie skomplikowane. Dla wielu ludzi miałam być szefem, a byłam traktowana jak rozkapryszona, niedorozwinięta nastolatka, która ma wypełniać czyjeś polecenia, bo przecież sama nie potrafi. To zresztą często zdarza się i zdarzało kobietom w biznesie muzycznym. Tym osobom, i kobietom, choć głównie mężczyznom, było trudno zaakceptować fakt, że ich szef jest kobietą. Dotyczyło to muzyków i producentów, widziałam, że uwierało ich to, że muszą pracować „na mnie” i podporządkowywać się moim poleceniom. Zanim ruch Ban Bossy się w ogóle pojawił, nie rozumiałam, że problem dotyczy tego, że jestem po prostu kobietą. Ta kampania otworzyła mi oczy na to, jak pewne klisze funkcjonują w społeczeństwie, w rodzinach, szkołach, przyczyniając się do pogłębiania dyskryminacji. Wtedy zaczęłam zmieniać swoje otoczenie, kształtować je tak, żeby dać ludziom do zrozumienia, że muszą mnie szanować i cenić to, co mówię – niezależnie od tego, czy jestem kobietą, czy mężczyzną. Często tego nie widzimy, to są drobne gesty i słowa, wyuczone w nas od dzieciństwa. Wyrugowanie ich z siebie i innych wcale nie jest takie proste, ale warto to robić, żeby poczuć się lepiej ze sobą.
Twój album się rozwija, w „The Voice of My Doctor” bohaterka wreszcie czuje się kochana i dowartościowana. Brzmi to pięknie, ale w jaki sposób możemy się o tym przekonać w prawdziwym życiu? Może to raczej myślenie życzeniowe?
Słuchaj, czemu wy wszyscy dziennikarze myślicie, że będę waszą psychoterapeutką? Sądzicie, że ja znam odpowiedzi na te pytania i mam chęć się odsłaniać ze wszystkimi uczuciami, przemyśleniami, które tak łatwo naprowadzają ludzi na trop moich życiowych wyborów? Nie mam zamiaru dać się podejść i serwować wam recept na dobre życie. Myślę, że każdy powinien sam ze sobą przeprowadzać takie rozmowy – no, ewentualnie z psychologiem.
Ale twoi fani, którzy słuchają twoich płyt, zadają sobie takie pytania. Może jesteś im to winna?
Jedyne, co mogę powiedzieć, to że uważam, że to moja muzyka świadczy o mnie. Piosenki, słowa, melodia – wszędzie tam są odpowiedzi na twoje pytania. Liczę, że moi fani też skupią się na mojej muzyce, bo to ona jest najważniejsza – nie ja sama.
O „Theology” mówiłaś kiedyś, że to twój ulubiony własny album…
(przerywając) …i ten, o którym mówimy, oczywiście też.
To była szczególna płyta, bo ugruntowała twoje religijne credo. Jak zmieniła się twoja wizja Boga przez te wszystkie lata?
W ogóle się nie zmieniła. Nie mogła się zmienić. Boga masz w sercu i nic nie jest w stanie zmienić jego wizji, mojego pojmowania i miłości do Boga. To wciąż ten sam Bóg. Jeśli wierzysz szczerze i głęboko, nikt i nic nie zmieni w tobie Boga.
Gdy miałam 12 lat, zabrałam twoją płytę „I Do Not Want What I Haven’t Got” na wakacje. Odtwarzałam ją w kółko, a wreszcie, gdy w pewnym momencie posłuchałam „Black Boys On Mopeds”, przeraziłam się. Zrozumiałam wtedy, po raz pierwszy w życiu, że świat już nie jest tym samym, bezpiecznym miejscem. Czają się w nim różne zagrożenia, których nie jesteśmy w stanie zmienić sami. Od tego czasu nic się nie zmieniło, prawda?
Dla mnie świat jest nadal przerażającym miejscem. Czasem wydaje mi się, że komuś zależy, żebyśmy się bali. Utrzymywanie w ludziach ciągłego lęku i stanu wewnętrznego alarmu jest w interesie różnych wpływowych osób. Im więcej w nas lęku, tym lepiej dla nich. Przestraszone masy łatwiej jest im kontrolować i zmieniać. Cały system polityczny i społeczny, w którym funkcjonujemy dziś, jest oparty na wydrukowaniu w ludziach strachu, uczeniu ich, że należy się bać. Że im bardziej się boisz, tym bardziej masz wszystko pod kontrolą. Prawdziwą wolność spotyka się dziś niezmiernie rzadko i dotyczy to głównie wolności wewnętrznej, niezależności od nacisku psychicznego i emocjonalnej presji. Jeśli chodzi o „Black Boys On Mopeds”, z perspektywy czasu widzę, że to był hymn miłości. To było moje wołanie o miłość, która jest przeciwstawną do lęku siłą. I tylko ona ma moc, żeby strach w nas pokonać. To wciąż ten sam świat, co wtedy, dwadzieścia pięć lat temu. Wtedy też widziałam, że ludzie mają w dupie innych i robią wszystko, żeby ocalić tylko siebie, dotrwać do emerytury albo zgromadzić jak najwięcej pieniędzy na koncie. Jakoś szybko dotarło do mnie, że jeśli coś możemy zrobić dla tego świata, to okazywać sobie bezinteresowną miłość i pomoc. Nawet jeśli nie dostaniemy za to ani grosza. Tylko miłość jest w stanie sprawić, że przestajesz się bać.
Wiele razy wtedy podkreślałaś, już po ogromnym sukcesie „Nothing Compares 2U”, że nie chciałaś nigdy być gwiazdą pop. A jednak w pewnym momencie się nią stałaś, trochę wbrew własnej woli. Twoja koleżanka Siouxie Sioux powiedziała kilka lat temu, że to, co się obecnie wyrabia w branży muzycznej z młodymi dziewczynami, przypomina jej lata 50., w których ładne kobiety były używane na scenie jako ozdoby, w chórkach obok mężczyzn wokalistów. Gwiazdki pop są nadal seksualnymi gadżetami?
Wiesz, seks może być zły, można się na niego obrażać, ale to właśnie seks trzyma rock’n’rolla przy życiu. W tym momencie sto procent dyskusji, jakie się toczą wokół muzyki rockowej, dotyczy seksu. Przyjrzyj się wszystkim wywiadom, trasom muzyków, całej kulturze, która się wytwarza wokół gwiazd popu i rocka. Nie chcę się rozwijać na ten temat, ponieważ zawsze stałam z boku tego, co się dzieje w show-biznesie.
Mówiłaś o inspiracji bluesem, ale nie wierzę, że nie słuchasz żadnej współczesnej muzyki, młodych artystów.
W tym momencie słucham irlandzkiego artysty Hoziera [Andrew Hozier-Byrne – przyp. red.], który wydaje mi się obecnie jednym z najważniejszych songwriterów europejskich. Przejmujący głos. Jedna z jego piosenek też nosi tytuł „Take Me to Church”. Posłuchaj – spodoba ci się!

Zostaw odpowiedź