Najlepsze płyty 2024

Oto kilka ważnych dla mnie głosów i dźwięków tego roku – tak  z muzyki zagranicznej, jak i polskiej. Jest tu i alternatywa, i pop, i psychodelia, folk rock, noise, trap, eksperyment, rap, songwriting i jazz. A pomiędzy nimi całe morze różnych brzmień. Wartością była dla mnie spójność albumu i autentyczność wypowiedzi. To jest subiektywny ranking. Ale założę, że coś tu znajdziesz dla siebie!

Kim Deal podczas koncertu z zespołem Pixies, lata 90.

Zagranica:

Charli XCX – BRAT. Charli XCXwłaściwie dziecko lat 90. W wydaniu współczesnym, a nawet nowoczesnym. Nikt nie wydał w tym roku lepszej płyty, bardziej przebojowej, skrzącej się nawiązaniami do najlepszych wzorców mojej (może i Waszej?) młodości. A przy tym swojej, własnej, odważnej i patrzącej jasno w przyszłość muzyki. Stąd nasza nadzieja na kolejne lata na muzycznym rynku.

Tyler, The Creator – Chromakopia . Piękny koncept album, w którym przegląda się jeden z najlepszych raperów – jeszcze przed przekroczeniem smugi cienia, ale już z bagażem życiowych doświadczeń. Do tego dołóżmy wiele różnorodnych inspiracji, od retro, R’nB’, muzyki afrykańskiej, chórów, przestrzennych głosów, orkiestr, nawiązań do popokultury i innych smaczków. Ja polecam baaardzo!

Father John Misty – Mahashmashana. Najlepszy rzecz tego artysty od czasu „Pure Comedy”, a może w ogóle jego najlepsza. Koncertowo łączy smutek, satyrę i kwestie związane z tożsamością w jedno – uczta, bez której trudno sobie wyobrazić muzykę folk rockową z USA. Warto!

Nick Cave – Wild God. 18. album w karierze Nicka Cave’a i zespołu The Bad Seeds był pierwotnie pomyślany jako hymn do radości. Wyszło jak zwykle – to raczej oda do wszechogarniającego smutku i żałoby, które szczególnie w ostatnich latach dotknęły Cave’a. Nie wiem, jak on robi, ale nawet te pieśni żałobne leczą złamane serce – a może właśnie dlatego? Bóg na tym albumie jest więc po prostu metaforą Boga cierpiącego, bo nawet on zdaje się uginać pod całym złem tego świata.

Kendrick Lamar – GNX Mój ulubieniec. Wprawdzie znalazło się kilku recenzentów, którzy zmiażdżyli go za jego zbytnią, ich zdaniem bufonadę czy też nawet płytkość tekstów, ale moim zdaniem jest to muzycznie drugi najlepszy album Lamara, po „To Pimp A Butterfly”. Tu też znajdziemy różne wpływy. Jednak tym, co wybrzmiewa najsilniej jest znów pewien rodzaj nostalgii za utraconymi latami, która Kendrickowi wychodzi jak nikomu.

Laurie Anderson – Amelia. Poświęcony Amelii Eckhart poruszający album Laurie Anderson, w którym znów udowadnia ona, że jest wolną duszą amerykańskiej muzyki. I żadna konwencja i konwenanse nie powstrzymują jej od grania takich dźwięków, jakie jej odpowiadają najlepiej. W wywiadzie, który z nią przeprowadziłam przed laty, wyznała mi, że marzy o tym, żeby każdy grał i śpiewał, ponieważ to nas wyzwoli. „Jestem artystką, bo chcę być wolna”. Marzyła też o tym, żeby zrobić najlepszą jak się da operę o ziemniaku. No i prawie jej się tu udało – nie ujmując niczego pamięci legendarnej pilotki. Wspaniała rzecz.

Kim Deal – Nobody Loves You More. Świeżo wydany album ex-członkini Pixies i The Breeders i utalentowanej artystki o słodkim głosie. Jest to właściwie solowy debiut pani Kim, na który naprawdę warto było czekać te 10 lat z okładem. Na tle kapitalnych, poszarpanych gitar rozwija się nieśpiesznie retro opowieść o złamanym sercu – bo o czym można śpiewać, mając taaaaki głos? Musicie!

Kim Gordon – The Collective. Popieram dążenia tej legendarnej muzyczki, feministki i multidyscyplinarnej artystki do wyzwolenia się z okowów Sonic Youth i związku z Thurstonem Moorem. Czas był najwyższy, żeby ta osoba o nieposkromionym talencie pokazała go nam w całej rozciągłości. ”The Collective” jest jej drugim solowym dokonaniem, i zarazem mistrzowskim: ogromowi muzycznych inspiracji, beatów, przydźwięków i mrocznego liryzmu towarzyszą znakomite teksty. W Polsce nie została ona należycie doceniona –  szkoda.

Beth Gibbons – Lives Outgrown. Tak o niej napisałam w pierwszej połowie roku: „30 lat po pojawieniu się jako głos Portishead, w którym rozbłysła jej gwiazda, i 11 lat po ogłoszeniu, że nagrywa solo płytę, Beth Gibbons w końcu wydaje debiutancki album: rozpięty między przeszłością, teraźniejszością, a przyszłością tren o stracie”. Nic się nie zmieniło. Dobra rzecz, ważne teksty, wyjątkowy głos.

Arooj Aftab – Night Reign. Wydawca mówi o tej płycie, że jest jazzowa, ale nie kierujcie się tym. Pochodząca z Pakistanu, a  mieszkająca w Nowym Jorku Arooj nagrała przejmujący i intymny album, podsumowujący 15 lat jej życia, któremu trudno przylepiać jakiekolwiek etykietki. Rzecz jasna spodoba ona się i fanom jazzu, i muzyki świata. Ale najbardziej tym, którzy kochają eteryczne piękno i za nim wciąż podążają. Bardzo polecam!

Polska:

Krzysztof  Zalewski – Zgłowy. To najlepsza płyta Krzysztofa, złotego dziecka polskiego popu. Trudno było sobie wyobrazić, jaką poprzeczkę sobie ustawił po „Złocie” – a stały się nią osobiste przeżycia. W żadnym wyścigu Zalewski tą płytą jednak nie startował i żadna stacja radiowa w Polsce nie będzie Wam w stanie przekazać jakości tego albumu: ambitnego, mocnego w przekazie, znakomitego muzycznie. Jestem na tak!

Tomasz Makowiecki – Bailando. Miękka, czuła i czule zaśpiewana muzyka z męskiej strony życia. Płyta drogi, jak sam mówi artysta. Dobre dźwięki – jak zawsze u Makowieckiego – i dobre teksty, schowane gdzieś między tą jego miękkością a powagą 40. latka, którą autor przerasta o dobre kilka lat. Ale mu to pasuje!

I znów mam wrażenie, że tym albumem Makowiecki trafił do słuchaczy, ale niekoniecznie do recenzentów. Zarzuty? Że stylizowany, radiowy, zbyt popowy, że nie ma tu wielkich przebojów ani szaleństwa. Może i tak. Ale dla mnie wszystko się tu zgadza: to płyta o miłości, osadzona w lekkim, synthpopowym i dreampopowym brzmieniu, które skrywa mrok i nostalgię. Makowiecki śpiewa o tym, czego w gruncie rzeczy nie chce dotykać – i właśnie w tym unikaniu dotyku jest niezwykle przekonujący.

Czekałam na coś autentycznego, dojrzałego, przemyślanego od początku do końca – od dźwięków, przez teksty, okładkę, tytuł, ogólną spójność przekazu. Coś osobnego w polskiej muzyce – nie goniącego za trendami, ale i im nieustępującego. Im dłużej słucham, tym bardziej mam wrażenie, że to dostałam. Zalecam.

Raphael Rogiński – Žaltys. Bez dwóch zdań najlepszy polski gitarzysta. A może i europejski, w każdym razie – unikatowość jego muzyki, jego talent i wrażliwość czynią go zjawiskiem osobnym. Album, o którym mowa, podsumowuje w nieco mistyczny sposób – czyli typowy dla Rogińskiego – jego etnograficzne wycieczki po wschodzie Europy. Stoję na stanowisku, że nie ma dźwięku, którego Raphael by nie zagrał. I czekam na kolejne.  

Daria ze Śląska – Na południu bez zmian. Kibicuję dziewczynie z Katowic, która prócz wyjątkowego głosu i wrażliwości ma umiejętność pisania niebanalnych tekstów – co wcale nie jest tak oczywiste na polskiej scenie. Daria idzie tropem kilku fajnych kobiet w naszej muzyce, które „w smutku czują się najbezpieczniej”, i dobrze znaczy w niej swój ślad. Udany album z pogranicza popu i alternatywy.

Prócz powyższego zestawienia podobają mi się też tegoroczne dokonania Piernikowskiego, EABS-u, Rafała Kulczyckiego/Jerzego Mazzolla, Radical Polish Ansamble, Sobla, Fontaines D.C., Billie Eilish, Mount Eerie, Kali Uchis, Vampire Weekend, Magdaleny Bay i wielu innych, bez których trudno sobie wyobrazić ten rok w muzyce. Wszystkim się kłaniam nisko!

Na deser – rzeczony Piernikowski z superutalentowaną Justyną Święs. Enjoy!

, ,

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z anjapisze

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej