Noc, Pole Mokotowskie, cisza, wielki brak czegoś co od biedy mogłoby służyć za sens istnienia, gdy się wraca w samotności z imprezy, potykam się o wielki kamień, leżę i już czuję słoność w ustach, macam językiem, brakuje zdaje się górnej jedynki.
Jak wtedy na drabinkach na placu zabaw. 5-letni Olek kazał mi na wymyślonym parasolu spadać w dół, mówiłam, że mam zaczarowany ołówek, narysuję ten parasol i dostanę może nawet skrzydeł albo po prostu parasolka mnie uniesie i lekko opadnę w dół jak tancerka.
Było trochę krwi, ojciec chciał resztki zęba wyrywać obcęgami.
– Durny, sobie wyrwij – matka popukała się w głowę.
Tymczasem znów nie mam tego zęba, cycki całe we krwi, jestem tego pewna, bo patrzę w dół i widzę wielką ciemną plamę, a właściwie już kilka, wszystko skacze w 4 D, jest mi brzydko na języku, uwaga zakłócenia na łączach! Trawa zapada się, zamiast niej widzę tunel do lepszego świata, z obietnicą zbawienia, którą są światła tej znanej knajpy, tam mi pomogą, wykręcą 112 albo mnie przytulą.
Telefon się wyładował, a zresztą czy to by było odpowiednie dzwonić gdzieś, czy ktoś w tym mieście by przyjechał nad ranem tu w pustkę, wypełnioną tylko mną?
Idę brocząc ku ocaleniu w stronę znanej knajpy, tak znanej, że na pewno będą wiedzieli już sami, co dalej ze mną zrobić.
Ale jej światło zaczyna migać i powoli gaśnie, niczego nie ma, ciemność wszędzie, jakby to był ten jedyny właściwy koniec, wzrok zatrzymuje się centymetr od palców, uniesionych w górę, jakbym sprawdzała, skąd wieje wiatr, i to wszystko, w głowie mam plątaninę węży, bo okolica powoli zagasa, jak w apokalipsie na miarę tej nocy, nawet gwiazdy i latarnie, no ale po omacku trafiam na murek, ja tu tropię zarysy rzeczywistości, której brak, a jednak nie, bo dalej jest chyba sadzawka, może to nie fatamorgana, coś jakby lśni jak woda, myślę opłuczę przynajmniej cycki, wypluję krew zaschniętą w buzi, sucho mi tam, ale nie, bo sadzawki już brak, jest właściwie jesień to spuszczają wodę i basen pusty jak dziura po wszystkim, brnę więc dalej, udaję przed sobą samą wielce kompetentną osobę, która ma swoją godność, tylko po prostu trochę pobłądziła w życiu, ale zaraz ścieżki się wyprostują, stanie się jasność.
No, lecz potykam się kolejny raz, wokół wielkie nic, milczenie tej ciemności płoży się we mnie, jak gigantyczna roślina, a może trzeba już wołać ratunku, tylko czy to by było na miejscu tłumaczyć się anonimowej ciszy, że umieram i pić mi się chce, ale nie że po prostu pić – oddycham jak karp na minutę przed zabiciem, zaraz się uduszę na śmierć nikomu niepotrzebną, a może właśnie byłoby to tu zrozumiałe i konieczne w tej scenerii, niestety, zaczarowanej kredki brak i niczego sobie nie narysuję w tym wielkim niczym, w którym nie widzę już nawet palców, nawet tej knajpy nie wyczaruję i mnie zaraz nie będzie, bo rozpływam się i zlewam z ogromniejącą we mnie ciszą. Ona zabiera wszystko ze sobą, wchłania myśli i mnie zaraz wchłonie, aż stanę się nią.
Po wielu długich minutach, wydających się całym moim życiem, wydobywam się wreszcie ku ulicy i światłom z czerni, na pewno to jest już jakiś świat, którego ktoś pilnuje i znajdę drogę do domu.
Otwiera się na oścież Plac Unii Lubelskiej, stoję na przejściu i modlę, żebym może nie chciała tłumaczyć się mijanym ludziom z braku zęba, komuś ktoś ma realne problemy i nie wraca z balangi o 2.30 nad ranem w samotności przez trawy i tunele do innego świata, chcąc sobie skrócić drogę, nikogo jednak nie spotykam, wtapiam się powoli i sennie w miasto, ono mnie uważnie obserwuje i zagarnia w siebie, nocny autobus staje się czerwoną ścianą i zaczyna się zbliżać jakby miał wrogie zamiary, chciałabym biec, ale nie udaje mi się nawet przejść przez pasy, ostrzegawczo oddalające się od autobusu, trzymam się więc na wszelki wypadek krawężnika, który niebezpiecznie się zwęża i zostaję w martwym punkcie.
Wzrok unoszę nad horyzont. „Roboty drogowe” i stalowa krata, wczepiam w nią palce jak bohater „Łowcy jeleni” na chwilę przed zgonem, to koniec, kolana ciągną mnie w dół, ale oto zatrzymuje się Uber i zafrasowany Ormianin czy inny Białorusin pyta bieda-polszczyzną czy potrzebuję pomocy?
Czy potrzebuję pomocy, powtarza echo w mojej głowie, czy na pewno nadszedł już na to czas?
Nie mam telefonu, nie mam niczego, może nawet już portfela i kluczy brak, tu krew, tu dziura w sukience, podrapane łydki, mam na imię destrukcja, zaczynam mówić, nawet udanie składając skaczące w głowie literki, wygląda na to, że mieszkam kwadrans stąd, ale nie mogę nawet wezwać taksówki, panie siada, czy to bezpieczne, zdążyłam pomyśleć, i co on sobie wyobraża, może, że jestem ofiarą gwałtu zbiorowego i trzeba mnie gdzieś indziej zabrać, gdzie ktoś zrobi mi obdukcję czy wiwisekcję wszystkich zadanych mi ran? Wschodni człowiek patrzy na mnie uważnie w lusterku wstecznym, staram się być nikim na tylnym siedzeniu auta, kłopotliwa cisza przywraca mnie powoli ku zimnym faktom.
Przypominam sobie o zębie, szukam go w panice, obracając w buzi językiem, ale nie znajduję, zabiłabym za łyk wody, milczenie taksówkarza jest jak kojący gazik, który wyrzucę zaraz po trzaśnięciu drzwiczek auta, tocząc się ku kamienicy. Ona wydaje się jakaś mniejsza niż przedtem, kod do domofonu niepotrzebny, bo to zaklęty dom i wrota do lepszej rzeczywistości otwierają się magicznie jak wielka rana miasta, a jest ich tu pełno wokół, jeszcze kojący szum windy, jutro jutro będę ratowała zęba i siebie, wszystko co teraz mogę to przekręcić klucz w zmniejszających się nagle jak w Alicji w Krainie Czarów drzwiach, wypić litr wody prosto z kranu, zdjąć moje krwawe szaty i narysować moim zaczarowanym ołówkiem 8-godzinny sen.
A potem to się kręci jakby ktoś puścił taśmę filmową od końca: nikt mnie tu nie ratuje, ani mojego zęba, po prostu owijam się prześcieradłem i zasypiam w półśnie złożonym z migających latarni i tunelów pochłaniających trawę na Polu Mokotowskim, jest mi w tym śnie strasznie gorąco niczym w puszczy amazońskiej, czuję jak wszystko to wsiąka powoli w pościel, łącznie ze mną, rozpuszczającą się w tkankach materaca, a po 4 godzinach, gdy się budzę zlana potem i już myślę, że zawsze będę wracała bez zęba na przedzie do tego zanikającego domu, siadam przy komputerze.
I znów: robię kawę, otwieram Worda, stawiam „a”, potem „n”, „i”, „e” i tak dalej, i już rzeczy się powoli zaczynają toczyć tak jak powinny.
Stół wraca na swoje miejsce. Monstery nie rozpływają się już i przyjmują fakturę odwiecznej wiosny.
Jestem sama w sobie, bez jedynki na przedzie, za to znów pojawiają się kształty twarzy, ciało obłe, ciepłe i znane. Nie ruszam się w posadach, nie ma tu przypadków.
Świat jest uratowany.

Zostaw odpowiedź