W trzecim odcinku podcastu „Na własnych falach” rozmawiamy o debiutanckim albumie „Przebłyski”, o kobietach w branży, samotności w wielkim mieście i o tym, dlaczego czasem trzeba się zagubić, żeby odnaleźć siebie. To szczera, poruszająca opowieść młodej artystki, która nie boi się mówić, co czuje. Wiktoria mówi szczerze o procesie dojrzewania do własnego głosu – o tym, jak przestać spełniać cudze oczekiwania i jak z bólu stworzyć coś autentycznego.
To nie tylko rozmowa o muzyce, ale o odzyskiwaniu siebie.

Anna Gromnicka: „Przebłyski” to tytuł poetycki, delikatny, ale niejednoznaczny. Czym są dla Ciebie te przebłyski? Emocjami, wspomnieniami, stanami?
Wiktoria Zwolińska: I emocjami, i wspomnieniami, i stanami, które towarzyszyły mi w przeszłości. To zbiór wszystkiego – zwłaszcza z ostatnich dwóch lat, które były dla mnie bardzo emocjonalne i przełomowe. Te przebłyski to konfrontacja z uczuciami z tamtego czasu.
Mówisz, że to był intensywny okres. Co się wydarzyło?
Rok 2023 był dla mnie przełomowy. Straciłam bardzo bliską osobę, miałam poważny wypadek samochodowy. Te doświadczenia mocno wpłynęły na to, kim jestem dziś – i jaką muzykę tworzyłam. Pojawiła się też pierwsza miłość, więc oprócz trudnych emocji były też te piękne.
Twoja płyta jest bardzo osobista. To forma autoterapii?
Tak, zdecydowanie. Przebłyski to była konfrontacja z emocjami, przed którymi się broniłam. Często nie pamiętałam szczegółów tych zdarzeń, a gdy wracały jako flashbacki – wywoływały lęk i niepokój. Nagranie płyty pomogło mi to przepracować, trochę sobie ulżyć.
Jak wyglądał proces twórczy? Najpierw był tekst, muzyka, czy może rozmowy?
Różnie. Czasem zaczynaliśmy od rozmów z producentem – siadaliśmy, rozmawialiśmy o życiu i powstawały piosenki. Innym razem pisałam tekst – jak intro do płyty, które początkowo było wierszem. Napisałam je tylko dla siebie, a potem pomyślałam: czemu tego nie zaśpiewać? Bywało też, że najpierw pojawiała się melodia, a potem dopisywałam słowa. Każdy utwór ma swoją osobną historię. Proces twórczy był dla mnie wyjątkowy i bardzo cenny.
Dziś te emocje nadal są w Tobie żywe, czy już się od nich odcięłaś?
Trochę tak, trochę nie. Te przeżycia mnie ukształtowały i nadal się z nimi utożsamiam, choć z perspektywy czasu mają już inne znaczenie. Ale… to były tak silne emocje, że trochę się boję całkiem je zostawić.
Masz lęk, że bez nich nie istniejesz?
Trochę tak. Ta płyta była tak emocjonalnie wyczerpująca, że chyba się w pewnym sensie uzależniłam od tych uczuć. Są bardzo moje. I kiedy teraz tworzę coś nowego, a te emocje wracają, nie do końca mi to odpowiada. Chcę się nauczyć pisać inaczej – nie tylko z potrzeby terapii, ale z przyjemności tworzenia. Jestem teraz w ciekawym momencie swojej drogi artystycznej.
Może po prostu potrzebujesz więcej czasu?
Na pewno. Potrzebuję sobie dać oddech i przestrzeń.
Często mówi się, że debiut to moment wyjątkowej szczerości i odwagi. Co dla Ciebie znaczyło wydanie tej płyty?
Dokładnie to. Choć wydaję piosenki od czterech lat, wiedziałam, że debiutancka płyta musi opowiadać konkretną historię – od początku do końca. Nie spodziewałam się jednak, że będzie aż tak osobista. Zaskoczyłam samą siebie, że odważyłam się opowiedzieć tę historię na głos. Wcześniej, słuchając innych artystów dzielących się swoimi przeżyciami, czułam wewnętrzny opór. A tu – ja sama to zrobiłam.
Z czego wynikał ten wcześniejszy opór przed dzieleniem się swoją historią?
Myślę, że z jakichś kompleksów albo dziwnej obawy przed pokazaniem tej intymnej części siebie. Ale kiedy przyszło mi się zmierzyć z naprawdę przełomowymi doświadczeniami, z życiowym dramatem, zrozumiałam, że ludzie potrzebują słyszeć takie historie. Często nie zdają sobie sprawy, jak ktoś inny może coś przeżywać.
Inni mogą też odnaleźć w tym siebie.
Właśnie. Szczególnie jeśli chodzi o artystów – często postrzega się ich jako wytwór rynkowy, projekt albo wyobrażenie. A przecież jesteśmy zwykłymi ludźmi. Odbiorcy potrzebują autentyczności, czegoś, z czym mogą się utożsamić. Dlatego opowiedzenie mojej historii miało też znaczenie dla innych – bo ta „brzydota”, mrok, przykrość i smutek, paradoksalnie, najbardziej nas łączy.
Ruszyłaś z koncertami niemal od razu po premierze płyty. Mówisz o nich nawet jako o spektaklach. Skąd taki pomysł?
Mam świetnych chłopaków w zespole i traktuję te koncerty jako coś osobnego – bo Wiktoria Zwolińska solo to co innego niż Wiktoria Zwolińska z zespołem. Te same piosenki nabierają zupełnie innej energii na żywo. Moi muzycy wkładają w nie siebie, bardzo je czują i to współodczuwanie na scenie jest dla mnie niezwykłe. Muzyka grana na żywo działa na wszystkie zmysły – słuch, wzrok, ale też fizycznie, np. czuć basy, idące od ziemi. Zależy mi, żeby ten odbiór był jak najbardziej zmysłowy, żeby koncert wciągał słuchacza w opowieść.
Jakie, Twoim zdaniem, są dziś największe wyzwania debiutujących artystów w Polsce?
Przede wszystkim – ogromna konkurencja. Teraz bardzo łatwo jest tworzyć i wydawać muzykę, więc debiutantów jest mnóstwo. Przebić się jest naprawdę trudno. Problemem jest też to, że nie wystarczy sama muzyka – trzeba być też sprawnym influencerem, umieć się pokazać w internecie. To najważniejszy dziś kanał dotarcia do odbiorcy. Staram się do tego podchodzić z dystansem i traktować to jako zabawę, ale bywa naprawdę ciężko.
Czujesz się częścią jakiejś sceny muzycznej, czy raczej działasz osobno?
Coraz bardziej czuję, że jestem jej częścią – i bardzo mnie to cieszy. Teraz większość moich znajomych to właśnie ludzie z tej artystycznej bańki. Tworzymy pewną wspólnotę. Nawet jeśli się prywatnie nie znamy, to wystarczy jedno spotkanie, uśmiech i już wiadomo: „O, to ta dziewczyna, która śpiewa fajne rzeczy”. Sztuka naprawdę potrafi łączyć bardzo różnych ludzi.
W „The Voice Kids” zaśpiewałaś „Creep” Radiohead. Czy udział w tym programie miał wpływ na Twój rozwój?
Dziś mam do tamtego czasu dość ambiwalentny stosunek – nie budzi we mnie silnych emocji. Ale jestem wdzięczna, że mogłam tam wystąpić. Ten program otworzył mi kilka dróg w dalszej karierze. Miałam wtedy 14 lat i swoje własne piosenki, które chciałam pokazać. I faktycznie, dostałam szansę, żeby jeden z tych utworów zaśpiewać. Wiedziałam, po co tam idę. Myślę, że wielu dzieciakom brakuje takiego podejścia – wierzą, że udział w programie odmieni ich życie, przyniesie sławę, koncerty, fanów. A rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej.
Jak decyzja o niezależnym debiucie – poza dużą wytwórnią – wpłynęła na cały proces: logistycznie, wizerunkowo, finansowo?
Przede wszystkim miałam ogromne wsparcie rodziców. Jestem im bardzo wdzięczna za to, jak mocno wierzyli w mój talent. Nie tylko posłali mnie do szkoły muzycznej czy na lekcje śpiewu – wymyślali warsztaty, studia nagraniowe, nawet udział w programie telewizyjnym. Gdy w wieku 12 lat pokazałam im pierwsze teksty i melodie, od razu zareagowali: „Trzeba to nagrać!”. I tak właśnie powstała moja pierwsza piosenka – po kosztach, z pomocą znalezionego w studiu producenta.
Pamiętam, jak mama – która nie miała nic wspólnego z muzyką – pisała ze mną teksty, a potem razem nagrywałyśmy teledyski na lustrzankę i montowałyśmy je w najprostszym programie. Cały ten proces ukształtował moją wrażliwość i sposób patrzenia na muzykę – także od strony wizualnej.
Takie wsparcie jest ważne – nie tylko organizacyjnie, ale psychicznie. Czujesz, że ktoś stoi za tobą murem.
Zdecydowanie! Choć czasem ta wiara była… przytłaczająca. Miałam wrażenie, że liczą na mój sukces, i bałam się ich zawieść. Mówiliśmy o tym w wielu emocjonalnych rozmowach – co, jeśli poczuję, że nie chcę już tego robić? Ale rozumieli. Po prostu chcieli, żebym wykorzystała swój potencjał w stu procentach.
Jak wyglądało twoje pierwsze zetknięcie z branżą? Czy byłaś wspierana, czy raczej czułaś się samotna na tej drodze, czułaś, że sama musisz pchać ten kamień w górę?
Na początku to była zabawa, trochę nieświadomość. Ale dość szybko miałam okazję zetknąć się z branżą – już w wieku 11 lat wystąpiłam w programie telewizyjnym, zanim jeszcze zaczęłam lekcje śpiewu. Potem były kolejne castingi, pisanie piosenek, szukanie możliwości.
Gdy miałam 16 lat zainteresowała się mną wytwórnia Magic Records. To była duża rzecz, ale dziś wiem, że nawet najlepsza wytwórnia i management nie wystarczą. Ostatecznie artysta sam prowadzi swoją drogę. W tym sensie – każdy z nas pcha ten kamień pod górę.
Spotkałaś kogoś, kto cię mocno zainspirował – kto dodał ci odwagi do pisania?
Tak, i jestem za to bardzo wdzięczna. Wiele osób – producenci, wokaliści – wniosło coś do mojego rozwoju. Ale największy wpływ na album miał Lessman. Od razu złapaliśmy emocjonalną nić porozumienia. Był wtedy początkującym producentem, teraz współpracuje z Darią ze Śląska, Piasecznym czy Natalią Grosiak. Z Lessmanem odbywałam bardzo prywatne rozmowy, z których powstawały piosenki. Dzięki niemu mogłam wejść naprawdę głęboko w ten proces.
Jak oceniasz promocję takiej muzyki jak twoja w Polsce? Streamingi, social media, radio – co działa, a co zawodzi?
To moja pięta achillesowa. Nie lubię promocji. Mam takie podejście, że jeśli ktoś ma trafić na moją muzykę, to prędzej czy później trafi. Ale czasy są takie, że trzeba – brzydko mówiąc – sprzedać to, co się stworzyło, udowodnić swoją wartość rynkową.
Cały czas badam, co działa. Na pewno działa opowiadanie o płycie, o bodźcach, które doprowadziły do jej powstania. Czasem zmuszam się do wrzucania filmików na TikToka – i mam z tego ubaw, bo widzę, że też przynosi efekty.
A jeśli chodzi o odbiór płyty i dystrybucję – czujesz się ze swoją muzyką widzialna?
Coraz bardziej. Pomaga też to, że już nie mam „nastu” lat – skończyłam niedawno 20 i czuję, że moja dojrzała twórczość jest lepiej odbierana. Nie tylko przez rówieśników, ale i dorosłych. Coraz więcej ludzi chce wejść w moją historię, angażować się – i to jest super.
Co cię nakręca twórczo – książki, filmy, konkretni artyści, a może własne przeżycia?
Właśnie to lubię w twórczości – że nie ma zasad. Inspiracją może być wszystko: filmy, rozmowy, emocje, inne piosenki, zwykła codzienność. To, że w ogóle żyję, jest inspirujące. A ja te chwile zatrzymuję w piosenkach.
Na płycie śpiewasz o Matyldzie – postaci z filmu Luca Bessona. Skąd ten wybór?
Uwielbiam „Leona Zawodowca” – to piękne, choć kontrowersyjne kino. Mocno do mnie przemówiło, bo sama mam doświadczenie PTSD, derealizacji – uczucia, jakby się było w filmie. Przeżycia Matyldy bardzo ze mną zarezonowały. Ta piosenka jest oparta na moich doświadczeniach, ale chciałam, żeby Matylda się w niej pojawiła.
Słuchając twojej muzyki, mam poczucie, że jesteś bardzo wrażliwa, ale też silna. Czy twórczość to dla ciebie sposób oswajania świata?
Absolutnie tak! Bardzo ładnie to ujęłaś, potrzebowałam takich słów – nawet wczoraj mówiłam koledze coś podobnego. Myślę, że artyści utożsamiają się z tym, co tworzą – i to ich kształtuje. Dla mnie pisanie to sposób, by zrozumieć siebie i odnaleźć się w świecie.
Twoje teksty są dojrzałe i poruszające – śpiewasz o samotności, relacjach, lęku. Które emocje najbardziej cię napędzają?
Jestem zmęczona smutkiem i mrokiem. Czekam na moment, kiedy to spokój, słońce i szczęście będą mnie napędzać. Czasem myślę: „Ile można?” Chcę pisać o innych uczuciach niż kiedyś.
Wyobrażasz sobie inną drogę niż muzyka?
Myślę, że nie. Muzyka jest tak ogromną i naturalną częścią mojego życia, że trudno mi wyobrazić sobie inną ścieżkę. Owszem, rozważałam studia z psychologii – to też sposób na badanie wrażliwości – ale mam ogromne szczęście, że to właśnie muzyka mnie spełnia, rozwija i kształtuje.
Czym się teraz zajmujesz obecnie w Warszawie? Bo przecież zostawiłaś dla niej Kraków. I wiem, że uczysz śpiewu.
Tak, prowadzę prywatne lekcje śpiewu. To dla mnie piękna forma dzielenia się muzyką i emocjami z innymi wrażliwymi osobami. Bardzo to lubię. Miałam pewne obawy, bo niewłaściwa diagnoza wokalna może wyrządzić krzywdę, ale podchodzę do tego z wielką uważnością. Mam cudownych uczniów, praca z nimi naprawdę mnie wzrusza.
Jakie masz najbliższe plany? Koncerty, nowe utwory, projekty?
Obecnie tworzę nowy materiał i mam nadzieję, że w przyszłym roku ukaże się mój drugi album. Bardzo chciałabym dać słuchaczom – i sobie samej – więcej światła i jasności. W najbliższych miesiącach dalej będę grać „Przebłyski”, ale w nowych aranżacjach. Wystąpię m.in. na Męskim Graniu w Szczecinie, na Festiwalu Great September we wrześniu oraz na innych pięknych scenach tego lata. Serdecznie zapraszam i mam nadzieję – do zobaczenia!
CAŁEGO WYWIADU SŁUCHAJ TU:

Zostaw odpowiedź