Pop, rap, minimalizm i rekiny emocji – letni przegląd muzyczny

Wybrałam kilka ciekawych płyt, na które warto z różnych przyczyn zwrócić uwagę – nie wszystkie się wam spodobają, nie każda z nich to 10/10, ale piszę to podsumowanie z kilku tygodni, żeby każdy mógł się im przyjrzeć i wybrać najciekawsze. Brzmienia są różnorodne – pop, alternatywa, minimalizm, elektronika, muzyka współczesna, rap. Miłego słuchania!

Justin Bieber „SWAG” – dobra muzyka oraz nostalgiczne i rozliczeniowe teksty. 7,5/10 – tak dla uściślenia. Jest tu kilka perełek R’n’B, soulowych i rapowych, które podnoszą poziom płyty znacząco, nawet w kierunku spuścizny Prince’a. Nad albumem pracowali znakomici producenci, którzy skierowali jego brzmienia w stronę subtelnych wokali czy produkcji popowych lat 80. (Dijon czy Mk.gee). Problem z nim jest podobny co z ostatnią płytą The Weeknd – jest nieco za długi i trochę przegadany. Mimo wszystko – pozycja obroniona, tym bardziej, że płyta ta przynosi zmianę stylu Biebera: jest to pewnego rodzaju powrót do roku 2007 i korzeni tego artysty.

Alex G „Headlights” – tam gdzie przygasa indie-rock, w stadionowymi hałasie wchodzi Alexander Giannascoli i rozjaśnia atmosferę rozmarzonym soft rockiem, oryginalnymi brzmieniowo kompozycjami i spójnym przekazem: tu rządzi melancholia miłości. Nie brakuje hyperpopu przełamanego shoegazem – świetna płyta, tak dla wielbiących klasykę sprzed kilkudziesięciu lat i dla tych poszukujących świeżego spojrzenia na alternatywę. 

Kesha „.” – szósty album gwiazdy popu generalnie nie zawodzi, ponieważ jest w miarę udanym powrotem do branży po latach jej batalii prawnych i problemów osobistych. Pamiętam wciąż 2010 rok i jej debiutancki singel TIK TOK, który sprzedał się w 14 mln egzemplarzy. Kobieta, która wprowadziła glam-rock do popu, nie może się mylić: dla Charli XCX jest rzecz jasna już ciotką, lecz wciąż nagrywa dobre piosenki. Można jej zarzucić brak nowych kierunków eksperymentowania czy spójności tej płyty, ale nie brak charyzmy.

Jim Legxacy „Black British Music” – Brytyjczycy narzucają tempo w czołówce rapu. Zanurzone między beatami Chemical Brothers, Frankiem Oceanem a autorefleksyjną liryką ulicy – czyli spowiedzią „bad boya” brytyjskiego rapu frazy tego świetnego albumu to odświeżające spojrzenie na konfesyjny nurt muzyki ulicy, w którym nie zabrakło miejsca na dobry pop, soul, alt-rock. Łączenie afrobeatu z np. samplami z piosenek Miley Cyrus to znak rozpoznawczy tego rapera. Tu – w znakomitej formie. 

Open Mike Eagle „Neighborhood Gods Unlimited” – pochodzący z Los Angeles raper, reprezentujący niegdyś scenę awangardową, poszukuje na tej konceptualnej płycie sensu życia, umiejętnie nawigując między narracją o zdehumanizowanym społeczeństwie ery informacji i technologii, a wspaniałymi, osobistymi rymami. 

Lorde „Virgin” – heroina przedmieść Nowej Zelandii powraca. Tam, gdzie na uliczkach miasteczek straszą jednakowe rzędy bliźniaków, gdzie intymności i uczuć szuka się poza domem i „płaczesz za pieniądze” – wykluł się kiedyś talent tej miary co Billie Eilish – i to jest aktualne do dziś. „Virgin” pokazuje, że z chaosu, wycofania i alienacji, które dotknęły i tę artystkę może powstać naprawdę dobra muzyka. 

Wet Leg „moisturizer” – czekałam na tę płytę i się nie zawiodłam. Niepoważna muzyka niepoważnego zespołu – jak sami o sobie mówią Brytyjczycy – to jak najbardziej poważna propozycja na trudne czasy, opowiadająca o miłości, niebinarności, i… molestowaniu. Zmiana w wizerunku zespołu wyszła Wet Leg na dobre. 

Clipse „Let God Sort Em Out” – Ważny powrót ważnego raperskiego rodzinnego duetu. Malice i Pusha T zwierają szyki po latach, by opowiedzieć o swojej wierze, trudnej przeszłości, problemach branży i powyginać nad pieśniami gospel oraz syntezatorowym kołysaniem. Zjawiły się tu same gwiazdy – od Pharrella po Tylera, co też nie jest bez znaczenia. Płytę rozpoczyna i kończy wezwanie do nawrócenia: „Nie byłoby mnie tu teraz, gdyby nie Bóg” – rapuje Malice. 

Steve Reich „Jacobs Ladder & Traveler’s Prayer” –  27-płytowa kolekcja ostatnich dzieł Reicha, wydana (jako update) przed trzema miesiącami przez Nonsuch Records była hitem – teraz do tego doszły dwa tytułowe, różniące się od siebie znacząco kompozycje, które wspaniale tu się porównuje, wyłapując różne smaczki. Każdy fan powinien to ich wydanie mieć. Klejnot w koronie blisko 90-letniego mistrza minimalizmu i klasycznej muzyki współczesnej. 

Space Phase „Degrees of Freedom” – eksperymentalna EP-ka prosto z serca Berlina, na której Gwenan Spearing pokazuje, jak muzyka współczesna może naprawdę być metamuzyką – nie muzyką ilustracyjną czy narracyjną, nie czystą formą, nie muzyką o czymś, np. o zieleni trawy czy technologizacji życia, ale opowiadać o samej muzyce. Jak? Improwizacja, która jest sercem tej płyty, rozbija ambientowe frazy i warstwy brzmieniowe, generatywna elektronika idzie pod rękę z przestrzenną abstrakcją – wszystko jest inaczej niż do tej pory, ale zarazem jak najbardziej na swoim miejscu. 

Jeremiah Chiu/Marta Sophia Honer „Different Rooms” – muzyka klasyczna sygnowana jako nowa elektronika – w najlepszym wydaniu. Czyli jak w doskonały sposób połączyć eksperyment z niebanalną melodyką. Fantastyczna płyta o wchodzeniu głęboko w delikatną materię dźwięków, wypełnioną napięciem pochodzącym z umiejętnego żonglowania emocjami i erudycją wykonawców. 

, , , , , , , , , , , ,

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z anjapisze

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej