Maja Laura: kobieta w ogniu

Jest jak czerwona flara na tle granatowego nieba. Wybucha, świeci, parzy. Maja Laura Jaryczewska – wokalistka, pianistka, kompozytorka. Kobieta w ogniu. 

Na polskiej scenie muzycznej nie przypomina nikogo i chyba jej na tym nie zależy. Nie godzi się na półśrodki, nie mieści się w żadnych kategoriach. Jej nowa płyta „Czerwone Słońce” to nie album, to zapis z pola walki, między ciałem a duszą, między światłem a mrokiem, między życiem a chorobą.

Jest klasycznie wykształcona w Akademii Muzycznej, ale demoluje formę. Jest córką legendy polskiego rocka Krzysztofa Jaryczewskiego, ale wydeptała własną drogę – bolesną, osobistą, bezkompromisową. Czy muzyka może uratować człowieka, czy najpierw musi go zniszczyć? Spotkanie z Mają Laurą Jaraczewską to nie jest zwykły wywiad. To wejście w jej świat, pełen czerwieni, jazzu, niepokoju i piękna, które boli.

Anna Gromnicka: Płyta „Czerwone Słońce” to dla ciebie bardziej akt destrukcji czy oczyszczenia? Czy coś musiało się w tobie spalić, żeby ta płyta mogła powstać? 

Maja Laura: Ja się próbuję oczyścić od swojej pierwszej płyty tak naprawdę. Moja pierwsza płyta nazywała się „Bardo”, co znaczy z sanskrytu „stan przejściowy” i miałam tylko nadzieję, że dzięki tej pierwszej płycie ja właśnie zamknę ten cały mrok w sobie i dalej już będzie pięknie. Tak się nie stało. Okazało się, że ten proces jest dużo bardziej wymagający. Później była kolejna płyta jazzowa „Monk, My Dear” – dosyć mroczna. No i doszłam do pewnej granicy. Był moment, że mi się ten mrok podobał, jako taki mój. Ma on cechy, które zwyczajnie mi się podobają. Czyli jakiegoś rodzaju brud, zgrzyty, dysonanse, które kocham, ponieważ to są też moje muzyczne środki wyrazu. Ale ponieważ podświadomie pragnęłam tego ciepła, tej innej energii, uznałam, że świadomie będę chciała w jego stronę się przemieścić. Taką miałam nadzieję tworząc ten materiał. To „Czerwone Słońce” się wybiło z tych utworów tym swoim ciepłem właśnie. Ten element spalenia się na szczęście nie udał, bo w moim poczuciu to spalenie – była raczej śmierć i ostateczny rozpad czegoś, czego ja szukałam przez całe swoje życie mniej lub bardziej świadomie. 

Doszłaś do jakiejś granicy w tych poszukiwaniach? 

W takiej najostrzejszej wersji to się kończyło myślami samobójczymi. Ale na szczęście się nie spaliłam i na szczęście jestem i gdzieś tam troszeczkę już bliżej tego słońca. 

Tak, bo słońce jest symbolem życia, ale i zagłady. 

No właśnie. Dokładnie.

Twoje teksty są jak strumień świadomości. One są emocjonalne, zmysłowe, pełne napięcia i właściwie często są metaforą. Czy pisanie ich to jest bardziej akt terapeutyczny, czy akt ekshibicjonizmu? 

Na pewno dużo bardziej terapeutyczne. Zawsze dla mnie w ogóle całe tworzenie, nie tylko teksty, są jakąś taką potrzebą właśnie terapeutyczną. Czasem się śmieję, że przecież gdybym czuła się dobrze, gdybym była szczęśliwa, fajnie by było i radośnie, to raczej bym nie tworzyła. I zastanawiam się co będzie, jak tak się w moim życiu stanie. Mam nadzieję na to, ponieważ wolałabym być radosna, szczęśliwa i spokojna i bezpieczna. A nawet nie tworzyć – tak szczerze mówiąc. Ale to od zawsze był dla mnie taki ratujący mnie lek doraźny.

Terapia poprzez sztukę to dobry kierunek. 

Tak, najbardziej. Dla mnie i pewnie nie tylko dla mnie muzyka, tworzenie taką terapeutyczną wartość posiadają.

Skąd pomysł na Edwarda Nożycorękiego? To jest bardzo znaczący utwór na płycie. 

Pamiętam, jak obejrzałam ten film Tima Burtona pierwszy raz. Wiedziałam mniej więcej, o czym on jest, ale jak zobaczyłam go na własne oczy, to tak patrzyłam i.… pomyślałam: to jest o mnie, to ja – ten Edward skulony tam na tym strychu. I myślę, że tysiące ludzi na świecie coś takiego poczuło w związku z tą postacią. Przestałam czuć się na chwilę samotna jak ten film oglądałam. Często do niego wracam i sobie myślę, że to jestem ja, to jest ktoś jeszcze. Wszyscy sobie tacy jesteśmy.

Jak wygląda odbiór twojej płyty przez fanów?

Piszą mi różne osoby, że się identyfikują z tekstami. Myślę, że też ta EP-ka jest czymś, z czym najbardziej się można zidentyfikować z całej mojej dotychczasowej twórczości. „Bardo” była w większości po angielsku, a aż tak się z obcym językiem nie łączymy psychicznie. Później była płyta instrumentalna, więc też dużo więcej nie było do powiedzenia. A na „Czerwonym Słońcu” te teksty jednak są w dużym stopniu bezpośrednie, o mnie. I myślę też, że opowiadają o dość jednak uniwersalnych przeżyciach. 

Wróćmy do twojej płyty „Monk My Dear”, nagranej z septetem jazzowym, bo to jest dość rzadki wybór w dzisiejszym świecie i jazzu, i piosenki autorskiej też. Skąd właściwie taki format? 

Jedną z moich głównych odsłon jest pianistyka jazzowa. Bardziej improwizująca nawet niż jazzowa. Wyjaśnię to. Ostatnio byłam w odwiedzinach u Michała Urbaniaka i on powiedział, że nie po to przestał grać klasykę, żeby grać klasykę na żywo, czyli free jazz, improwizowanie na żywo. Pomyślałam sobie, kurczę, mam podobnie, uważam, że improwizowanie nie na bazie standardu jazzowego, to jest bardziej nawet muzyka klasyczna niż jazzowa. Za tym przyszła refleksja, że ja po prostu bardziej kocham muzykę klasyczną mimo wszystko niż jazzową. 

Płytę poświęciłaś jednak ważnej postaci świata jazzu. 

Monk to mój ukochany pianista. W ogóle mój numer jeden. Jak tylko go usłyszałam, miałam poczucie, że to bardzo głęboko do mnie trafia. Bo tam w jego graniu właśnie jest to, co kocham, czyli brzydota. Mówili o nim, że gra jak słoń. Ona miał w sobie dysonans, tę harmonię taką właśnie zgrzytającą, charakterystyczną, która głęboko ze mną rezonuje. Ja stworzyłam tę płytę z miłości do muzyki Monka. Chciałam, żeby to nie było na trio czy na kwartet, czyli taki standardowy skład, tylko żeby to było coś bardziej monumentalnego. I stąd septet, a tak naprawdę oktet, bo koniec dołączył do nas Dominik Strycharski, flecista. Zabrzmiało to wspaniale, bo on dodał takiej fajnej barwy. 

Masz klasyczne wykształcenie i przywiązujesz ogromną wagę do formy instrumentalnej, ale twoja muzyka skręca właściwie w różne poboczne miejsca: awangarda, jazz, psychodelia, nawet poezja. Jak wygląda ten wewnętrzny dialog między twoją szkołą i wykształceniem, a twoim instynktem?

Jestem bardzo wdzięczna tej swojej ścieżce i nauczycielom, jakich spotkałam na swojej drodze. Przypominam sobie siebie jeszcze przed tymi studiami. Uczyłam się w liceum fortepianu, ale tam nie było nauki kompozycji, jazzu, rozrywki. Zresztą – ja rozrywkę miałam w domu. Gdyby nie ta moja dalsza droga, czyli już studia jazzowe kompozycji, to bym się zatrzymała właśnie na piosence. Bo miałabym do tego narzędzia. A dopiero studia dały mi możliwość, żeby pisać na instrumentalne składy, aranżować, improwizować w taki sposób, w jaki dzisiaj improwizuję, do tego dochodzi elektronika, produkcja, których się sama uczyłam. Więc ta moja droga jest trochę nietypowa, ale jestem za to wdzięczna. 

Z Dominikiem Strycharskim nagrałaś „Creamy Barcarolę”. To jest świetny utwór, długi, niebanalny, głęboki. On jest też dość smutny i mroczny – tak jakby to było twoje naturalne środowisko. 

Nas poznała Kasia Mykietyn. I miała bardzo miała dobrą intuicję, że się dogadamy. Tak się stało i współpracujemy w kilku projektach razem, bo gramy i moje utwory i Dominika, i inne. I na płycie „Monk, My Dear” gramy razem, i od tego się tak naprawdę zaczęło. Ale ja bardzo szybko poczułam, że to jest ten jeden z nielicznych muzyków, z którymi się rozumiem. Bardzo sobie cenię naszą współpracę, bo naprawdę rzadko mi się to zdarza, żeby z kimś się tak porozumieć. Dominik jest właśnie bardzo otwartym muzykiem, bardzo nieszablonowym, także skręcającym w wiele różnych meandrów, pisze też świetne piosenki. Zbieramy się teraz, żeby znów zrobić razem piosenkę. Bardzo mnie zaskoczył na tej płycie jazzowej, bo w większości osoby, które grały, oprócz Dominika, to są jednak osoby wykształcone jazzowo na akademiach. Dominik jest samoukiem. A jego improwizacje i styl jazzowy na „Monk, My Dear” brzmią tak, jakby się z tym urodził. Jestem pełna podziwu dla jego talentu. Jednocześnie jest mi smutno, że tacy muzycy nie są w naszym kraju doceniani tak jak powinni. 

Na twojej płycie „Czerwone Słońce” pojawia się też Monia Muc, znakomita, nietuzinkowa saksofonistka. Jak dobierasz osoby, z którymi grasz? 

Monię Muc zobaczyłam na scenie jak grała gościnnie z kwintetem Theo Oltera, który ze mną gra i w Monku, i teraz w „Czerwonym Słońcu”. Usłyszałam, jak ona gra. Zakochałam się po prostu w jej graniu i pomyślałam sobie, no to jest właśnie to. To jest to, czego we współczesnym jazzie mi brakuje, czyli takiej właśnie energii jazzowej, tej wolności jazzowej, dzikości – bo często współczesny jazz jest taki kawiarniany, ułożony, delikatny, soft. To nie jest mój świat. A tutaj właśnie poczułam tę dzikość. I uznałam, że muszę zrobić tak, żeby Monia ze mną zagrała. Zaprosiłam ją gościnnie na koncert, a potem już razem grałyśmy. Współpracowałam też z Zuzanną Wrońską, która sięgnęła po mnie z kolei. Różnie się to dzieje, czasem z przypadku, ale faktycznie często ja sobie gdzieś tam upatruję kogoś i walczę.

Czy ty czujesz, że twoja muzyka należy do jakiegoś konkretnego miejsca? Polski, Warszawy, Europy – czy raczej jest znikąd? 

No właśnie. Ja czuję, że jest znikąd. Czuję, że jest ze mnie. Ludzie mi mówią, że powinnam spróbować poza Polską, bo tu nie pasuję. Tutaj taka muzyka, jak moja, nie jest należycie doceniana. Zastanawiałam się nad tym, ale po pierwsze ja kocham Warszawę i Polskę. Przeżywam to miasto i kocham je całym sercem. Z drugiej strony zupełnie nie mam jakichś takich kompleksów, jeżeli chodzi o ten mityczny Zachód. Może Nowy Jork – tam mnie ciągnie. Tam bym chciała przynajmniej postawić nogę i spróbować coś pograć, więc zobaczymy. Jakaś tam wizja nawet jest jedna.

Nie widzę dla Ciebie żadnego odpowiednika na polskiej scenie muzycznej. Ty jesteś całkowicie osobnym zjawiskiem, ale może sama czujesz, że opierasz się na kimś, że z czegoś czerpiesz, z jakiejś tradycji, z innych muzyków?

No właśnie nie mam w Polsce takich artystów, takich współczesnych, których słucham. Przepraszam różnych kolegów i koleżanki. Jeżeli słucham to bardziej ze sceny eksperymentalno-jazzowej, ale z takich mainstreamowych artystów to nie mam kogoś takiego, kto by mnie inspirował. Ja też jestem dosyć wybredna, mam swoje po prostu wybrane rzeczy, których słucham i tak ich się trzymam, bo już się przebiłam przez tę muzykę w każdą stronę i wiem już, co mi się podoba. 

Czego słuchasz?

Słucham w dużej mierze, przede wszystkim muzyki współczesnej, takiej dwudziestowiecznej. Czy orkiestrowej np. na mniejsze składy instrumentalne. Mam taki swój ukochany zespół The Microphones, rockowo eksperymentalny. No i słucham jazzu, ale takiego starego jazzu, właśnie Monka, Shortera, Coltrane’a, i free jazzową scenę też trochę. Np. Joey McPhee, taki saksofonista free jazzowy. Słucham też starych piosenek polskich i nie tylko, ale głównie polskich.  Przymierzam się do płyty z piosenkami przedwojennymi. Dlatego słuchałam też twórczości przedwojennych artystów z innych krajów, np. z Francji. I muszę przyznać, że nie znalazłam w francuskich piosenkach tak pięknych piosenek, jak te polskie. To są przepiękne rzeczy.  Moją misją jest, żeby one nie były zapomniane. Na razie została nagrana jedna „A mnie jest szkoda lata”. 

Mówisz o płycie, która jeszcze jest w fazie przygotowań. Kiedy ona się ukaże? 

Miała to być EP-ka, ale uznałam, że zasługuje to na płytę. Na pewno nie będę się z tym spieszyła. Myślę, że to będzie 2027 rok. Chciałabym, żeby tam było sporo tych utworów przedwojennych. Główną ideą jest to, żeby ich nie robić naśladowniczo, tak jak często się je wykonuje, tylko żeby one były kompletnie inaczej przedstawione, współcześnie, bo nie czuję sensu w tym, by powielać te aranżacje, które były kiedyś. Chciałabym np. ubrać je w elektroniczne brzmienia. Podstawą mają jednak być bity, sample itd. Myślę, że na pewno z Figgerem trochę nad tym popracujemy, bo chcę go do tego zaprosić. 

Mówiłyśmy o tym, że sztuka może być terapią. Ty otwarcie mówisz o swojej chorobie afektywnej dwubiegunowej. Czy ona bywa twoją muzą, czy raczej sobotażystką? Potrafisz powiedzieć, kiedy stanie się paliwem twórczym, a kiedy ciężarem? 

Można by powiedzieć, że jest ona na takim bazowym poziomie jednak dla mnie paliwem. Ponieważ ona jest ona źródłem mojego smutku, który jest przyczyną tworzenia. Ale jest to też choroba, która mnie zawiodła parę razy w takie meandry, z których już bym się mogła nie wydostać. Długo się leczyłam i to nie przynosiło rezultatów, a też mój tryb życia nie był jeszcze idealny – mówię o trzeźwości teraz. Po prostu już mogło mnie nie być na tym świecie. Czy to właśnie jakieś narkotykowe sytuacje, które były graniczne, czy też mój stan chorobowy był bardzo słaby, tak, że trafiłam do szpitala. Z jednej strony to jest podstawą w ogóle mojego jestestwa i tworzenia, a z drugiej strony – to cały czas taniec na linie. To jest choroba, przez którą wielu ludzi odbiera sobie życie. 

Bardzo ciężka do leczenia. 

Niestety. Ja się staram z nią mierzyć i teraz jestem na dobrym etapie. Bo teraz miewam jedynie depresyjne stany. Wielu ludziom się wydaje, że jak są te maniakalne, to wtedy to jest takie twórcze i tak dalej. Dla mnie niekoniecznie, bo to się wiąże z totalnym oderwaniem od rzeczywistości. Człowiek lata, biega gdzieś tam po ludziach, dzwoni, nie śpi, ma jakieś dziwne pomysły, które potem się okazują słabe. Mi się w ogóle nie zdarzyło w takich stanach maniakalnych, żeby siedzieć przy pianinie, bo nie da się siedzieć przy pianinie. 

Czyli nie jest tak, że podczas manii ekspresja twórcza też jest wzmożona?

To się tylko wydaje, że ona jest wzmożona. Najlepiej mi się tworzy w spokoju, w trzeźwości, w dobrostanie. Mój tata mi zawsze mówił, że on najlepsze rzeczy stworzył właśnie też w spokoju i trzeźwości. Te wszystkie stany takie rozlatane, maniakalne czy jakieś narkotykowe itd.  –  to nie jest żadna godna dążenia sytuacja, żeby z tego wynosić jakąś twórczość, to nie tędy droga. 

Czy ty masz jakieś rytuały ochronne, kiedy czujesz, że właśnie to słońce w tobie za bardzo się zbliża, że zaczyna parzyć? 

Tak, wypracowuję sobie te wszystkie mechanizmy, które pomagają mi się jakoś chronić. I to działa w dwie strony, właśnie jak się pojawiają symptomy maniakalne czy hipomaniakalne, to też muszę to wyłapać i gdzieś tam próbować zdusić w zarodku. Wtedy jest następuje jakaś zmiana leków, dzwonię do mojej terapeutki, umawiam się do lekarza. To samo w stanach depresyjnych – to jest najlepsze, co można dla siebie zrobić w tej chorobie: pytać specjalistów. 

Dobrze, że mówisz o tym. To duże wsparcie dla osób, które nie mieszczą się w tym naszym świecie, oczekującym stabilności i strategii. 

Tak, też myślę, że warto, żeby to podkreślać, ponieważ słyszy się czasem, że ludzie sami sobie próbują pomóc, jakimś pozytywnym myśleniem, afirmacjami czy praktykowaniem wdzięczności. Jasne, to są narzędzia dla nas wszystkich, ale w przypadku choroby psychicznej trzeba się posiłkować lekami. Sami siłą umysłu się nie wyleczymy. I to musi sobie wbić do głowy każdy, kto ma tego typu problem.

Jesteś córką Krzysztofa Jaryczewskiego, człowieka z mitologii polskiego rocka. Czy jego obecność w twoim życiu muzycznym była bardziej wsparciem czy cieniem? Mówiłaś, że nie chcesz być wyłącznie córką swojego ojca. 

Tak. Pamiętam, jak stawiałam pierwsze kroki w muzyce to miałam właśnie poczucie, że nie, ja nie chcę, żeby mi pomagano, zanim ja tu sama wszystko zrobię. Są dwie drogi dla dzieci rozpoznawalnych artystów. Jednak właśnie taka, a druga, że jednak się idzie w to nazwisko. No u mnie zresztą nawet nie było tak, czy ja chciałam czy nie chciałam za tym nazwiskiem ojca. To samo wyszło tak, że ja po prostu robię inną muzykę. Jest to kompletnie inne środowisko. Mój tata nie jest wykształcony muzycznie, dlatego też ważne było, żebym ja była.

On się uplasował w zupełnie innej muzyce niż ta, w której ja działam. Tata też bardzo lubi jazz i tak dalej. Rozmawiamy, chociaż dla niego moje różne rzeczy bywają dziwne – czasami tak się na mnie patrzy. Czasem coś usłyszy, jak jest u mnie, że coś tam miksuję, czy coś tam robię. Słucha. I tata też lubi w muzyce dziwne rzeczy, lubi np. elektronikę, nawet miał w planach zrobić płytę elektroniczną. Ale ja się jednak przebiłam do innego świata niż ten, w którym on istnieje, chociaż rzecz jasna – dalej łączy nas rock’n’roll. Oczywiście, przecież mamy to we krwi. Łączy nas piosenka. On to też rozumie. 

Chodzi na twoje koncerty?

Tak, był na koncercie z septetem jazzowym i płytą „Monk, My Dear”, i podobało mu się bardzo!

Czy ty pamiętasz swoją pierwszą rozmowę z ojcem o muzyce? A może w ogóle jakąś znaczącą rozmowę, kiedy ci powiedział coś, co zostało z tobą do dziś?

Przypisuje się Frankowi Zappie ten cytat, że rozmawianie o muzyce jest tak jak tańczenie o architekturze. Bardzo lubię ten cytat, bo właśnie do pewnego stopnia rozmawianie o muzyce ma sens, a od pewnego już po prostu nie, moim zdaniem. Wiesz, ja też nie pamiętam, żebym miała rozmowy o muzyce z tatą. Myśmy po prostu byli w tej muzyce. Moje pierwsze wspomnienia są takie, że jestem z tatą, mikrofonem, przy pianinie, coś mi pokazuje. Oprócz pokazywania sobie muzyki i grania jej nie było wielkich rozmów o niej. 

Był bunt wobec ojca?

Jeżeli chodzi o jego postać muzyczną to nie. Bardziej tak prywatnie jako córka wobec ojca. Na innym poziomie, rodzinnym, jakichś tam rzeczy, które się działy w naszym kręgu, to miałam pretensje do niego. Ale muzycznie… Muzycznie nigdy – on zawsze był dla mnie. Też nigdy nie czułam, że ja jestem w jakimś cieniu jego, z racji też, że to jest po prostu kompletnie inna muzyka. Myślę, że też, że to, że jestem dziewczyną, też jest może trochę pomocne tutaj. Ja zawsze miałam poczucie swojej wartości muzycznej. Z inną wartością to różnie, oczywiście, ale jeśli chodzi o muzykę, to zawsze wiedziałam, że pracuję nad tym, że to jest świadomie robione i czułam tego wartość. 

Lubisz Oddział Zamknięty?

To jest oczywiście mój ulubiony polski zespół rockowy. Dla mnie mój tata jest po prostu bardzo utalentowanym człowiekiem i te ich utwory są świetne. Zresztą teraz będę nagrywać z Figgerem własną wersję mojego ulubionego utworu Oddziału „To tylko pech”. I to będzie do filmu, w takiej właśnie formie z bitem. Mojego tatę podziwiam, jestem fanką i kocham jego muzykę, więc tak się do tego odnoszę. 

Jesteś bardzo niezależna, założyłaś własną wytwórnię. Czy to był dla ciebie akt emancypacji, czy po prostu jakiejś konsekwencji, że ty się nie mieścisz w tym rynku wydawniczym w Polsce? 

To była tak naprawdę bardzo praktyczna decyzja. Nagrałam pierwszą płytę, wiedziałam jaka ona ma być, wiedziałam z kim chcę ją produkować, wiedziałam, na czym, jakie aranżacje, wszystko, jak to ma brzmieć. Klipy, okładka – na wszystko miałam pomysł. Nie wyobrażałam sobie nawet, żeby ktoś mógł mi mówić, co ja mam w ogóle robić, bo to było dla mnie bardzo duchowe przeżycie. I zaczęłam się odzywać do paru wytwórni. No i już od pierwszych słów w wiedziałam, że nie – że ten człowiek nie rozumie tego, co ja przynoszę i po prostu się nie dogadamy. Chciano mi kompletnie zmieniać różne rzeczy. W tym okładkę. A na okładce są moi rodzice. Kluczowa dla mnie sprawa. Bardzo ważną postacią na całej płycie jest moja mama, która wtedy umierała i gdzieś tam jest ona częściowo o niej. Jak mogłam to zmieniać nagle? I dlatego ostatecznością było po prostu wydanie tego samej. Tak też zrobiłam. Ja chyba w ogóle sobie nie wyobrażam, żeby ktoś w mi grzebał w tych moich solowych rzeczach. Kompletnie nie potrzebuję, żeby ktoś mi dawał zewnętrznych producentów i żeby ktoś mnie ubierał.

A duet z Figgerem? 

Duet z Figgerem stworzyłam po to, żebyśmy popróbowali pomeandrowować w bardziej mainstreamowych klimatach, żeby mieć jeden taki projekt, z którym sobie potestuję bardziej siebie. To nie jestem w stu procentach ja w tym projekcie, więc to jest łatwiejsze. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie oddać te moje nowsze rzeczy. Trwają na ten temat rozmowy na razie. Ale żeby mi ktoś oceniał moje utwory? 

Otwarcie mówiłaś o tym, że Kayax uznał cię za zbyt awangardową, a przecież płyta „Bardo” została bardzo dobrze przyjęta i to był wielki sukces. Może jest więc sens w tym, żeby poszukiwać siebie, tak, jak ty to robisz?

Bardzo jestem zdziwiona, że pewna większa wytwórnia zwróciła się do mnie teraz z jakimiś rozmowami. Tak, uważam, że bycie sobą – nawet w zderzeniu z takimi instytucjami – jednak się opłaca. 

Z tego czerpiesz poczucie siły? 

Bardziej się uśmiecham teraz. Bo może to poczucie siły, a może mam szczęście, że nie dałam tego zniszczyć w sobie, nie dałam się stłamsić po prostu. I to jest coś pięknego.

Czym dla ciebie są koncerty? Czy one są czymś do ujarzmienia, pokonania, oswojenia? Czy to jest naturalne środowisko dla ciebie? 

Bardzo się czuję swobodnie na scenie. Praktycznie nie odczuwam stresu z tym związanego i to jest bardzo fajne, czuję się tam jak ryba w wodzie. Koncerty to magia, ale jestem już trochę zmęczona po tych ostatnich miesiącach, bo sporo było tych koncertów i praktycznie każdy z innym materiałem. Poszukałam, gdzie jest źródło tego zmęczenia i myślę, że przecież ja musiałam na przykład parę tygodni się przygotowywać do takiej kompozycji, do takiego składu i jeszcze trzeba się mentalnie przeklikać, żeby skomponować tę muzykę. To nie jest tak, że ja jeżdżę z jednym materiałem i sobie gram, tylko po prostu pracuję nad bardzo różnymi rzeczami. Także na pewno różnorodność jest bardzo duża. 

Ale ona cię nie ogranicza? 

Kompletnie nie. To jest ogóle coś wspaniałego. Bardzo się cieszę z niej. Jak patrzę na mojego tatę, który gra przez cały czas te same hity, wymagane przez fanów, myślę: Boże, jak można tyle lat grać te same piosenki, jak ja sobie nawet już nie wyobrażam grania rzeczy z pierwszej płyty, a co dopiero trzydzieści lat wstecz! Jest to droga na pewno wymagająca, ale taka moja. 

To jaki byłby twój manifest artystyczny w jednym zdaniu, którego jeszcze nikt od ciebie nie usłyszał?

Nie wiem, czy jestem w stanie coś takiego przez słowa wyrazić, szczerze mówiąc. 

Kim jesteś? 

Artystycznie?

I życiowo, i artystycznie? 

Ostatnio to się wybija na plan pierwszy. To jest dla mnie najważniejsza rzecz i w życiu, i w muzyce: wolność. Nie wiem czy ktoś to już usłyszał, czy nie, ale muzyka dla mnie ma sens do momentu, w którym jestem w niej w stu procentach wolna. Jak nie jestem, to ja dziękuję za taką muzykę. 

, , , , , , ,

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z anjapisze

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej