Powrót

„Dziewczynka z chryzantemami” Olga Boznańska

To jest moje drugie opowiadanie. Opisałam w nim dziewczynkę zatrzymaną w czasie – kogoś kim czasem bywam, chyba jak my wszyscy, gdy wpadamy w overthinking i sięgamy do przeszłości, od której dawno powinniśmy się odciąć. A jednak – jak mówił Wiesław Myśliwski – od przeszłości nie można uciec. Ona jest częścią nas. Dlatego dziewczynka jest częścią mnie. Poniższe opowiadanie jest fikcją, fantazją literacką na zadany temat: dziewczyńskość, adolescencja, dorastanie. Opowiadanie ma tytuł „Powrót”:

 „W ich uśmiechu ukryta jest, jak się nam zdaje, jakaś obietnica, że być może urodzimy się ponownie i tym razem będzie to właściwy czas i właściwe miejsce.” /„Bieguni”, Olga Tokarczuk/

Nie chciała się tego dowiedzieć. Chciała tego, co się stało nie zobaczyć. I nie usłyszeć. To rzecz jasna istnieje tylko w jej śnie, ale takie rzeczy dzieją się po prostu. Takie jakimi są. 

Trzeba je przyjąć. Dotknąć, obmacać, jak stare kobiety dotykają brutalnie bananów i cytryn na stoisku w warzywniaku. 

Aż staną się częścią ciebie. Częścią mnie. Aż nadejdzie ich czas. 

To opowieść o dziewczynce, którą wciągnęła pewna historia. Z czasem historia stała się częścią jej, oplatając ją coraz dokładniej i wplatając się w głąb jej narządów niczym bluszcz. Dziewczynce zajęło 5 lat, żeby zorientować się, że zajęcia w szkole dawno się skończyły, światła w świetlicy pogasły, nauczyciele poszli do domów, udręczeni codzienną walką z umysłami młodzieży. Została tylko ona. 

Kiedy zrozumiała, że to było dawno temu, a ona wciąż siedzi przed ławką, i czeka na woźną aż ta ją wpuści do opasłego budynku, a zdaje się powinna już być na pierwszym roku studiów – wpadła w panikę. Nie chciała wracać do domu, który nagle w jej umyśle pomniejszył się do rozmiarów króliczej nory z pewnej książki dla dzieci, czuła się jakby zgubiła klucze do mieszkania, a poza tym nagle ziemia zaczęła zapadać się pod jej stopami. Uciekła kawałek dalej, ale ziemia wciąż się trzęsła. Obracała głową w lewo i prawo i zobaczyła, że jedynym schronieniem może być ławka szkolna. Nie miała dokąd pójść, zresztą nie przypominała już człowieka, ponieważ wyglądała jak elf – długie białe włosy łopotały jej wokół głowy na wietrze niczym maszt, powłóczyste ubrania, rozciągnięte przez działanie czasu były jak misterialne szaty szamana, a wokół niej roztaczał się dziwny blask – jakby nie była do końca istotą z tej ziemi. 

Nie była jednak istotą niebiańską, o czym przypomniał jej głód. Z torby szkolnej wyjęła starą kanapkę, zapewne sprzed kilku dni. Pożarła ją łapczywie. Dokąd iść, co ze sobą zrobić? Myślała nad tym długo, starając się opanować rozbiegający się i płożący się w jej głowie jak gigantyczna roślina strach.  Patrzyła na ruszającą się ziemię, na dżdżownice wychodzące z ziemi, na cały ten organiczno-ekologiczny chaos, jakby patrzyła na narodziny matki Ziemi. Co się stanie, jeśli ziemia ją pochłonie? Zapełni jej usta, oczy, płuca? Stanie się nią? 

Z poszatkowanych, neurotycznych myśli wyrwał ją zupełnie najrealniejszy dzwonek – powiadomienie w telefonie. Nieznany jej człowiek pisał do niej po angielsku. Nieznany? W tym momencie poczuła w sercu wielką tkliwość. Jeśli do niej pisze to znaczy, że ona jest dla niego ważna. Na pewno tak jest i może on ją nawet dobrze zna. “Hello”. Może to nic złego, a wręcz przeciwnie – oznacza nowe możliwości ratunku, przynajmniej na te chwilę samotności i oczekiwania na jedyne możliwe wyjaśnienie. Odpisała. 

Mężczyzna, o imieniu zbyt skomplikowanym by je teraz wymieniać tu, okazał się faktycznie być cudzoziemcem. Wydawał się doskonale rozumieć jej obawy i brak wiary w przyszłość. Po pół godzinie korespondencji zaproponował, żeprzyjdzie po nią pod szkołę i odprowadzi do domu. Zgodziła się, wdzięczna za te namiastkę interakcji z człowiekiem – tak dawno z nikim nie rozmawiała, że zaczęła lekko seplenić i cofać znacząco żuchwę. Przypomniała sobie, że kiedyś czytała o Kasparze Hauserze – poczuła się jak ktoś wychowywany przez zwierzęta, zaklęty w zieloności traw, bluszczu, wczesnowiosennych liści. Jak część Ziemi, będąca własnością natury, wyrastająca z ruszającej się gleby. Nie wiedziała, jak rozpoznać człowieka z telefonu. Zapomniała go o to zapytać. Chodzili tu różni ludzie, skąd ona ma wiedzieć kim on jest i jak wygląda. Lęk nagle zaatakował jej zatopione w innej czasoprzestrzeni synapsy, obejmując ją po chwili w całości jak czyjeś czułe ramiona. Było to najlepiej rozpoznawalne przez nią uczucie, kto wie – może nawet jej najbliższe. 

Wokół zrobiło się cicho. Zrozumiała siódmym zmysłem, niczym niewypowiedzianą nigdy przepowiednię, że to znak, że zaraz nadejdzie człowiek z telefonu. 

W istocie, zza drzew wyszła osoba płci męskiej, postawna, ale nie za wysoka, obdarzona burzą ciemnych loków, sięgających ramion i ciemnym, melancholijnym spojrzeniem. Mrocznym. Tajemniczym, wciągającym w głąb tafli wzroku, jakby to ona teraz miała patrzeć na siebie jego oczami, oceniać siebie, taksować i wydać na siebie wyrok. Podszedł do niej i przedstawił się obco brzmiącym imieniem. 

– Chodźmy na spacer – zaproponował, a jego głos usłyszała jak głos kogoś ważnego, kogoś obdarzonego spokojem, pewnością siebie i niczym niezachwianym poczuciem czasu i przestrzeni. To był głos dobrze osadzony w tym jakże ujmującym ciele, głęboki, niemal aktorski. 

Po raz drugi tego dnia poczuła wdzięczność. Szli powoli alejkami parku, rozmawiając, robiło się ciemno i coraz chłodniej. Gałęzie pochylały się ku nim, zamykając kopułę z listowia nad ich głowami. Dziewczynka poczuła się tak, jakby była zamknięta w gigantycznym kokonie z roślin. Co, jeśli drzewa jej nie wypuszczą? Jeśli zielonolistne pędy ją przytrzymają, zaduszą, pokryją całe ciało? Zamiast dłoni wyrosną jej gałązki, zamiast włosów trawa? Zaczęła się bać, ramiona pokryły się gęsią skórką, lodowate palce odmawiały posłuszeństwa. 

Mężczyzna zauważył, że ona drży w swoich elfickich szatach. Ściągnął skórzaną kurtkę i założył jej na ramiona. – Dziękuję – bardziej pomyślała niż powiedziała, nie wiedząc, czy to na miejscu. Może nie powinna nic mówić? Milczeć tajemniczo? Nagle wydała się sobie banalna i zwykła. Rozpaczą napełniała ją myśl o 5 straconych latach, które teraz musiałaby nadrabiać, jakby została na ten czas w drugiej klasie. Czym je wypełni? Co powie w domu, gdzie pewnie się martwili o nią przez cały ten czas. Zadrżała ponownie. – Jest ci zimno, odprowadzę Cię do domu – powiedział stanowczo mężczyzna. – Ja nie mam domu – powiedziała nagle cicho, dziwiąc się tym słowom, i odwróciła głowę. – Nie? To zapraszam cię do mnie – uśmiechnął się mężczyzna i przez chwilę wydawało jej się, że jeden kącik jego ust uniósł się w nieskończenie subtelnej, trwającej sekundę drwinie. Ale zaraz sobie wytłumaczyła, że to prostu typowa dla mężczyzny mina, za którą nic się nie kryje. Bo cóżdwuznacznego może się kryć za zwykłym uśmiechem? Dobrze im się rozmawiało, mężczyzna pytał o plany na studia (nie miała jeszcze żadnych, mimo że już dawno powinna być na uczelni) o rodzinę (gdzie oni teraz byli) i o jej włosy. Stwierdził, że są niezwykle piękne i przypominają włosy wróżki. Czy to był komplement? Chyba tak. Jedyny jaki wypowiedział do niej. 

Po przyjściu do jego ładnie zaprojektowanego, gustownego mieszkania, dziewczynka znów poczuła lęk, gromadzący się gdzieś w samej głębi zwojów nerwowych, jak kumulacja lotto.Napięcie spowodowało, że zaczęły jej drżeć ręce. Nie wiedziała, gdzie je schować, więc zaplotła palce na rączkach plecaka. 

Mężczyzna poprosił, żeby usiadła na ogromnej sofie i zaproponował gorącą herbatę. Po chwili siedzieli już oboje na kanapie, z kubkami w dłoni. Ciało dziewczynki powoli się rozluźniało. Zaczęła zadawać nieśmiało pytania. Od kiedy tu mieszkasz, czym się zajmujesz – zwykłe pytania zwykłych ludzi. Mężczyzna odpowiadał wymijająco. Po chwili przysunął się do niej, wziął kubek z jej rąk, odstawił na stolik, przybliżył twarz do jej twarzy i nieskończenie delikatnie pocałował ja w usta. 

Zawstydzona odsunęła się. – Nie bój się, podobasz mi się bardzo – powiedział miękko mężczyzna, a kącik jego wargi znów uniósł się w dziwnie szyderczym grymasie. 

Dziewczynka wstała, czuła się nieswojo. Nigdy żaden mężczyzna jej nie pocałował. Miała świadomość jakiegoś wielkiego braku, nieprzygotowania do tej sceny, nieadekwatności swojego położenia. – Ja już pójdę – plącząc słowa niezdarnie zaczęła zbierać plecak i elfickie szaty. – Jak chcesz, mam nadzieję, że cię nie przestraszyłem – powiedział spokojnie mężczyzna. 

Odprowadził ję do drzwi. Nagle się stało jasne dla dziewczynki, że musi wracać do rodziny, do domu, gdziekolwiek by on był. Do swojego życia. Ponieważ się bała. Poczuła ten strach wpełzający na obojczyki, szyję, obejmujący powoli całą głowę. Oszołomiona otworzyła drzwi. Odwróciła się do mężczyzny, jakby była manekinem z nakręcaną mechanizmem głową. – Dziękuję za herbatę i spacer – wymamrotała w dziwnym stuporze, a jej głos zabrzmiał niczym zza grubej kotary, głucho. – Nie ma za co – odpowiedział mężczyzna. – Pamiętaj, że ja zawsze tu będę. Zawsze będę z tobą. Od tego nie ma ucieczki – jego słowa były zagadkowe, a zarazem bardzo oczywiste. Przecież tak wygląda życie, prawda? Kobiety spotykają mężczyzn, ich życie się odmienia, coś się wydarza. 

Ale ona nie była kobietą. Była dziewczynką, którą całował nieznajomy mężczyzna. A może to nieprawda? Może śniła, a sen rozciągał się na wiele lat i żyć, obejmując życie tego mężczyzny i jej bliskich, i wszystkich, których miała jeszcze spotkać? Może we śnie próbowała pozostać kimś, kim już dawno przestała być? 

W głowie miała teraz wydłużoną perspektywę zdarzeń, które rozciągały się, niczym wektory na osi lat. Co robiła właściwie przed szkołą, na co czekała? Może na tego mężczyznę? Zamknęła za sobą drzwi do jego mieszkania. 

Spróbowała znaleźć drogę do domu. Zaskakująco łatwo trafiła na ulicę, przy której stała jej kamienica. Zaskakująco łatwo weszła po schodach, przekręciła klucz w zamku, nacisnęła klamkę. W środku nie było nikogo. Było tak, jak pamiętała: tu kanapa, tu meblościanka, tu drewniana boazeria, mała kuchnia, jej dziecięcy jeszcze, czy raczej nastoletni pokój. Poczuła wielkie zmęczenie. Odstawiła plecak. W elfickich szatach, nie zdejmując butów, położyła się na swoim dziewczęcym łóżku.

Po kilku sekundach zapadła w sen. We śnie oplatały ją zwoje pędów roślin, nogami stała w ruszającej się ziemi, po jej stopach pełzały dżdżownice. We śnie całowała nieznajomego mężczyznę. Nie widziała jego twarzy, ale wiedziała, że to on. Zawsze był trochę przed nią, jakby prowadził ją tam, gdzie i tak już szła.

Ruszyli.

Korytarz był wąski i pulsujący, jak wnętrze ciała. Ściany oddychały. Szli długo, albo bardzo krótko — czas przestał mieć znaczenie.

Na końcu były drzwi. Nie zapytała, co jest po drugiej stronie. Choć powinna przecież – to naturalne, że chcemy wiedzieć. Ale ona miała wrażenie, że wie już wszystko. 

Mężczyzna je otworzył.

Nie zobaczyła nic. Czerń. Pustka. Nic, czego można się przytrzymać, za co złapać. 

Zrobiła krok.

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z anjapisze

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej