Moja miłość lat 90. i zerowych wraca piękną płytą. Ech, czy ktoś pamięta, że „She Cries Your Name” Beth Orton było na brytyjskich listach przebojów, które podpatrywaliśmy, hitem końcówki wieku? A ja, jak tylko pierwszy raz posłuchałam jej płyty „Central Reservation” te dekady (już!) temu wiedziałam, że Beth to naturalny talent – osoba, która pozwala wybrzmieć sobie, ale także stawia na współpracę, na synergię, na przenikanie się sfery instrumentalnej i wokalnej po równo. Jej głos, melancholijny, intymny, zawieszony gdzieś między Davidem Sylvianem, Markiem Hollisem a Beth Gibbons tworzy niesamowity klimat oddalenia, odległych w czasie emocji, do których chce się wracać – na zasadzie luźnych skojarzeń, prywatnych reminiscencji i głębokich przeżyć. Słuchajcie jej nowej płyty „The Ground Above”. To opowieść o miłości, stracie, tęsknocie, wyczekiwaniu nieuniknionego, przejściu na drugą stronę, wolności. Surowa, oszczędna przepotężna w odbiorze forma tej płyty powala na kolana. I ten głos. Chciałoby się napisać: „A Star Is Born” – gdyby nie to, że Beth Orton była z nami od dawna. A nawet dłużej. Klasyk.


Zostaw odpowiedź