30 lat po pojawieniu się jako głos zespołu Portishead, w którym rozbłysła jej gwiazda, i 11 lat po ogłoszeniu, że nagrywa solo płytę, Beth Gibbons w końcu wydaje debiutancki album. Rozpięty między przeszłością, teraźniejszością, a przyszłością tren o stracie.

Tęsknię za takimi osobowościami – Beth Gibbons, Kim Gordon, Stevie Nicks, Chrissie Hynde, Siouxie Sioux i inne kobiety rocka wyznaczają dobrą drogę następczyniom. Pokazują, że tematy żałobne, rozliczeniowe a nawet skrywane można wnieść na sztandar i wnieść go na muzyczny panteon. Brakuje mi takich kobiet szczególnie w polskiej muzyce.
Głos triphopowego zespołu Portishead, Beth Gibbons, jest tu jednak dość nietypowym przypadkiem. Na pewno każdy pamięta jej na poły wyszeptane, na poły wykrzyczane do mikrofonu frazy „Glory Box” czy „Roads” z albumu Dummy. Robiła wrażenie, jakby z każdym słowem umierała, by na nowo się narodzić przy następnej piosence. Był 1994 r. i z każdym rokiem sława wrażliwej wokalistki zataczała coraz szersze kręgi. A ona sama nie robiła dosłownie nic, by ją ugruntować. Paradoksalnie te uniki stały się jej z czasem znakiem rozpoznawczym. A ona sama – legendą.
Po nagraniu z Portishead albumu „Third” w 2008 r. nieoczekiwanie zrobiła coś, co tylko wzmogło zainteresowanie jej osobą: zaśpiewała partię sopranu w słynnej III symfonii op. 36 „Symfonii Pieśni żałosnych” H. M. Góreckiego – chyba najbardziej rozpoznawalnym polskim dziele w świecie.
Konkurencję miała sporą – z jednej strony wykonawczyni partii z czasu prapremiery utworu, S. Woytowicz, z drugiej nazwisko kompozytora. Kolejnym problemem wydawała się być tematyka symfonii: Górecki zawarł w niej wiele różnorakich i trudnych interpretacyjnie elementów: lament maryjny, śląską piosenkę ludową, tematykę straty dziecka, wojny i macierzyństwa.
Beth poradziła sobie z tą materią znakomicie. By sprostać zadaniu brała lekcje u Anny Marchwińskiej, korepetytorki solistów m.in. Metropolitan Opera. Głos Gibbons, niby z zaświatów, delikatny, a zarazem rozdzierający w swoim tragizmie, wydawał się być idealnie skrojony pod ten utwór. Premiera była hitem (zarejestrowano ją na płycie), a Beth wyniosła III Symfonię H. M. Góreckiego poza ramy świata muzyki poważnej. Teraz wraca do tych motywów na swoim debiutanckim albumie „Lives Outgrown” i robi to po… swojemu. Czyli pięknie.
Perspektywa utraty – partnera, osoby bliskiej – wydaje się tu być dominująca. Ale Beth rozlicza się też ze sobą, z miłością, z dojrzewaniem do kobiecości, przemijaniem, a nawet menopauzą. Gorzkie, nihilistyczne tony przeplatają się tu z rezygnacją, intymnymi wyznaniami, filozoficznym pogodzeniem ze śmiercią i końcem wszystkiego.
„Come through my heart when you can”, śpiewa rozdzierająco w „Whispering Love”. We „Floating on a Moment”, gdzie pojawiają się kapitalne dziecięce głosy, stwierdza: „We’re all going to nowhere”. Piękne solo skrzypiec pnie się w górę we „For Sale”, by ostatecznie rozjaśnić mroki wieku średniego, o których dość bezpośrednio a zarazem w poetycki sposób śpiewa Beth.
Zrobiła tu naprawdę wiele, by nie przypominać niczego, co robiła z Portishead. Jej zmęczony, przetarty miejscami głos nie jest echem dawnych lat, ale znakiem muzycznej dojrzałości.
Stylistycznie album można by zaliczyć do folku (pojawiają się tu przede wszystkim akustyczne gitary i smyczki) ale Beth nie byłaby sobą, gdyby nie przełamała tego tonem melancholijnym, nawet momentami zwracającym się w stronę undergroundowego brzmienia lat 80. Producent James Ford (Simian Mobile Disco) zadbał o przybrudzone, mroczne dźwięki i arcyciekawe instrumentarium: klarnet basowy, kontrabas, wiolonczela, skrzypce, flety i recordery oraz różne przeszkadzajki. To wszystko jest o lata świetlne od przepełnionych patosem koncertów Portishead.
Piękne melodie – m.in. w „Whispering Love”, zamykającym płytę – są dowodem na to, że Beth odrobiła lekcję z siebie samej i z historii ostatnich 30 lat.
Jak sama tłumaczyła w wywiadach przed ukazaniem się płyty, „gdy jest się młodym, nie znasz zakończenia tej historii – nigdy się wiesz, jak to się wszystko rozwinie”. Cóż, dziś, gdy Beth już wie mniej więcej, jak życie się toczy, robi co trzeba, by pozostać sobą do końca.
Beth Gibbons, „Lives Outgrown” (Sonic Records) 9/10

Zostaw odpowiedź