Festiwale muzyczne? Nuda, komercja, brak wizji

Zbliża się lato, czyli sezon festiwalowy. W teorii – czas muzycznych odkryć, silnych emocji i odważnych artystycznych wyborów. W praktyce – coraz częściej czas frustracji. I to nie tylko dlatego, że nie widzę na rodzimym rynku wydarzeń dla siebie. Po prostu – oferta jest zbyt uboga. Nie tylko dla znawców. Dla każdego, kto nie chce płacić za playlistę z radia czy Spotify’a.

Polskie festiwale przeszły długą drogę. Kto jeszcze pamięta, jak Massive Attack, Radiohead czy Björk spacerowali po sopockim molo czy w Gdyni? Albo gdy The Chemical Brothers otwierali pierwszego Open’era (jeszcze w Warszawie) w 2002 roku? To były wydarzenia przełomowe. Dziś – z całym szacunkiem – mamy powtórkę z rozrywki. Bez zaskoczeń, bez ryzyka. Line-up’y w 2024 roku wyglądają jak echo przeszłości, a nie zapowiedź przyszłości.

Festiwale nie nadążają. I nie chodzi tylko o gusta. Rynek muzyczny zmienił się radykalnie. Także w Polsce. Zmieniły się modele słuchania, dystrybucji, potrzeby publiczności.

Czasu było sporo. 10 lat temu Andrzej Smolik w rozmowie ze mną dla tygodnika „WPROST” powiedział: „Zbliżamy się do tego, że cały obszar kultury w sieci zacznie może przypominać wielki las sekwojowy, który jest zrośnięty korzeniamiBędzie to jedna wielka baza danych, oparta na systemie ryczałtowym. Ludzie będą kupować tani abonament”. 

Dziś mamy dokładnie ten model. Ale polscy organizatorzy festiwali, mimo dekady na refleksję, zdają się tego nie zauważać. Polskie festiwale muzyczne zatrzymały się w czasie i przestały być przestrzenią dla zmieniającej się kultury.

Dlaczego tak uważam? Bo czegoś brakuje. W skrócie – reagowania na trendy. Repertuary są opóźnione wobec premier albo konserwatywne do bólu. Programy festiwali powstają według klucza: „to już działało, więc zróbmy to jeszcze raz”. Tymczasem nowe zjawiska, nurty i debiuty – zarówno światowe, jak i krajowe – są ignorowane bądź zauważane późno. Powiecie – siłą rzeczy. Line-up’y przygotowywane są z dużym wyprzedzeniem. Ale można chyba po części temu zaradzić.

Po drugie – duże festiwale, które niejako są zobligowane do tego, zaniedbują lokalną scenę progresywną: młodzi, eksperymentalni lub niszowi artyści, którzy zyskują rozgłos za granicą, nie są dostrzegani przez kuratorów w Polsce. Brakuje systematycznej platformy dla polskich innowatorów. Artyści, którzy osiągają sukcesy za granicą (jak Wacław Zimpel, Martyna Basta, czy Julek Płoski i wielu innych), w Polsce są pomijani. Nie mają swojej platformy na dużych festiwalach. Dlaczego? 

Po trzecie: festiwale są traktowane głównie jako eventy lifestyle’owe, nastawione na bukowanie karnetów (czym się otwarcie chwalą) i atmosferę „funu” i „hipsterstwa”, zamiast jako przestrzeń kultury, debaty, doświadczenia artystycznego. W line-up’ach trudno o spójną wypowiedź artystyczną. 

Między ofertą polskich, a zagranicznych festiwali jest przepaść. Zachód eksperymentuje, Polska powiela. Czołowe festiwale w Europie i USA wprowadzają nowe formaty – immersive performances, występy site-specific, integracje ze sztukami wizualnymi, muzyką współczesną, orkiestrami oraz debaty, podczas gdy polskie często trzymają się klasycznej formy: scena–koncert–bar–namiot-selfie. Te miejsca stają miejscami wakacyjnych wypadów i przypadków, a nie obcowania z kulturą. 

Nie wystarczy mi, żeby na Open’era przyjechał kandydat na prezydenta RP czy rzecznik praw obywatelskich albo przedstawiciel IUSTITII. Bo te wydarzenia stają się marketingowym chwytem. Widać albo brak pomysłu, albo niewystarczające inwestycje w programy towarzyszące. 

Mam także pretensje o reprezentację poszczególnych grup społecznych. W dobie inkluzywności jest to duży problem, ponieważ imprezy powinny kształtować także postawy społeczne. Widzę wciąż niewielki udział kobiet, środowisk feministycznych, queerowych, stref zielonych, artystów z mniejszości etnicznych czy przedstawicieli peryferii. Możliwe, że dzieje się tak dlatego, że festiwale koncentrują się wokół wielkich miast, pomijając mniej oczywiste regiony i społeczności. 

Zastanawiam się także nad problemem kształtowania wizerunku festiwali przez marki. Zdarza się, że sponsorzy, a nie kuratorzy, mają pewien wpływ na charakter wydarzenia – co sprzyja „bezpiecznym” wyborom i komercjalizacji. Powiedzmy to wprost – niezależne inicjatywy festiwalowe z ambicją artystyczną i społeczną mają trudność w pozyskiwaniu środków.

Za to oczywiście też są odpowiedzialni decydenci i system polityki kulturalnej, który w zaskakujący dla mnie sposób pomija wartościową niszę (starczy spojrzeć na tegoroczne dotacje w programie Muzyka 2025), ale także trudno mi zrozumieć fakt, że wolą oni tkwić w bezpiecznych ramach, zamiast iść pod prąd lub wybierać i wspierać „niezal” – bo to tam tkwią najwartościowsze dla naszej kultury pierwiastki. 

Gdzie więc jesteśmy, w opozycji do wielkich festiwali w Europie i USA? Glastonbury, najlepszy festiwal w Europie, ma powalający line-up. Coachella – choć postrzegana jako festiwal lifestyle’owy – w tym roku prezentuje bardzo ambitny program. Primavera – mój ulubiony festiwal – ma niezwykle spójną wizję artystyczną. Roskilde to pole dla aktywistów społecznych. Colours of Ostrava ma świetnych, nietuzinkowych artystów. Sziget stawia na duże, różnorodne nazwiska.

W Polsce w głównej mierze mamy do czynienia ze słabszymi propozycjami, w dodatku z mniejszym naciskiem na różnorodność gatunkową czy debaty społeczne.

OFF Festival teoretycznie spełnia warunki festiwalu z muzyką niezależną – choć tegoroczny line-up jest w pewnej mierze dla mnie zagadką. Dziękuję za Nalę Sinephro, ale czy ktoś pamięta Stereolab i Zespół Pieśni i Tańca „Śląsk” na OFF-ie? 

Artur Rojek, po słabej edycji 2023 roku, miał trudny wybór. Mógł pójść w kierunku młodych lub zwrócić się w stronę początków festiwalu. Wybrał trzecią drogę, będącą miksem tych dwóch, w której nie wszyscy się odnajdą. No cóż, trudno może mieć pretensję o to – ale można o brak rozpalających wyobraźnię paneli czy działań społecznych, obecnych na festiwalach zagranicznych. 

Jak już wspomniałam – zastanawia mnie też reprezentacja artystów polskich na tych wydarzeniach. Pewną nadzieję niesie tu Music Week Poland, który ma szansę przełamać wszechobecną komercjalizację w muzyce i dać głos polskiej scenie. Ale to są początki.   

Dość powiedzieć, że w Polsce powstają imprezy alternatywne, których publiczność gdzieś ma wysmakowane czy skomercjalizowane gusta szefów dużych festiwali.

Podsumowując: Nie wyczuwam tu idei. 

Brakuje mi debaty. Refleksji. O tym, gdzie są teraz polscy artyści i kim są. I w ogóle artyści. Jak globalne korporacje zmieniają rynek muzyczny i wydawniczy. O tym, jak kultura jest wypychana z życia publicznego. O potrzebie nowego modelu finansowania. O konieczności wielkich pomysłów i artystycznych szoków, a nie „grania pod publikę” czy zgodnie z recenzjami.

Tak, słucham muzyki w streamie. Tak, pozostaje mi Unsound, Sacrum Profanum, rzadziej – Warszawska Jesień, czy jakiejś słuchowiska radiowe oraz wytwórnie niezależne. I zagraniczne festiwale. Ale marzę o dobrym koncercie – nietuzinkowego artysty, może nawet głośnego, w dobrej przestrzeni, za rozsądne pieniądze. Czy to luksus? Może. Ale też obowiązek. Bo festiwale kształtują wrażliwość młodych ludzi. A to właśnie oni – i tylko oni – mogą nas jeszcze ocalić w tym zagubionym kulturowo świecie.

, , , , , , , ,

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z anjapisze

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej