Z Angus’em Fairbairnem, znanym jako Alabaster DePlume, rozmawiam po północy, na zapleczu warszawskiego klubu Niebo. Właśnie zagrał koncert, który był raczej medytacją niż występem. Z arafatką na głowie – gestem solidarności z Palestyną – skręca papierosa i słucha dźwięku lodówki. Dla niego wszystko jest muzyką. Mówi o poezji, samotności, miłości i potrzebie artystycznej uczciwości. Jego nowy album to modlitwa o godność i niezależność.
Na koncerty 44-letniego angielskiego saksofonisty jazzowego i eksperymentatora, przychodzą ludzie, którzy towarzyszą mu od lat. W warszawskim klubie „Niebo” gromadzi się wierna publiczność. Przed i po występie artysta rozmawia z fanami, rozdaje autografy, przytula się do każdego, kto tego chce. Atmosfera jest niemal rodzinna. Sporo osób płacze. Alabaster DePlume wydał przed dwoma miesiącami nowy album, zatytułowany „A Blade Because a Blade Is Whole” i jest to jedna z najważniejszych płyt alternatywnych tego roku – płyt, dzięki której spiritual jazz zyskuje nowe znaczenie.

Kiedy w końcu udaje mi się z nim usiąść, jest już północ. Angus ma na głowie wielką arafatkę – znak protestu wobec ludobójstwa w Gazie. Skręca papierosa i mówi, wskazując na lodówkę:
– Słyszysz? Kocham ten dźwięk. Wszystko jest muzyką. A teraz słuchaj: syrena karetki! To piękne.
Znałam tylko jednego człowieka, który podobnie mówił o brzmieniach otoczenia. Był to ojciec polskiego punk-rocka, Robert Brylewski.
– Chcę porozmawiać o poezji. Twojej poezji – mówię. – Zaczynałeś od poezji mówionej. Jak wpłynęła na twój nowy album „A Blade Because a Blade Is Whole”?
– Czasy się zmieniły. Jesteśmy tu i teraz. To jedyne, co ma znaczenie, bo żyjemy przecież chwilą. Poezja mnie ukształtowała, ale teraz schodzę głębiej – ku emocjom, które rodzą się na scenie, w tym momencie. Dziś tworzę dźwięki, jakich nikt inny nie tworzy. Niewiedza mnie kształtuje.
– Niewiedza?
– Tak. Bo zmusza mnie do uważności. Nie wiem – więc słucham. Słyszę syrenę, lodówkę, twój oddech. Wszystko to staje się rzeczywistością. Słowa są strukturą, rusztowaniem, po którym się wspinam, by odnaleźć emocjonalną przestrzeń. Dlatego, nawet grając dla ludzi, którzy nie znają angielskiego, śpiewam po angielsku. Słowa łączą mnie z uczuciami. W tym sensie – poezja wpłynęła na ten album.
– Twoja twórczość wymyka się klasyfikacjom. Co chciałeś osiągnąć nową płytą?
– To rezultat mojej pracy nad sobą. Tworzę muzykę, ale przede wszystkim jestem człowiekiem. Ten album to rozmowa o godności, niezależności – a raczej suwerenności – i o uzdrawianiu siebie.
– Udało się?
– Myślę, że tak. To była moja intencja – by album pomógł tym, którzy szukają siebie. Uzdrawiając siebie, pracuję nad uzdrowieniem świata.
– Ze sceny dziś krzyczałeś: „Twoja godność jest twoją odpowiedzialnością”.
– Bo tylko ty możesz ją sobie uświadomić. Twoja wartość nie zależy od uznania innych. Ono może się pojawić, ale nie definiuje cię. Fajnie, jeśli ktoś cię doceni. Ale nie decyduje o twojej wartości. To twoja odpowiedzialność, by ją zbudować.
– W twojej muzyce czuć napięcie między delikatnością a siłą, wrażliwością a oporem. To było zamierzone?
– Absolutnie. Ten dualizm odzwierciedla to, co działo się ze mną przez ostatnie lata. Każdy mój występ to modlitwa o godność i niezależność. Nie z obawy czy dla obrony – z potrzeby. Z wrażliwości. Z potrzeby, by samemu uznać swoją wartość.
– Jesteśmy wystarczalni tacy, jacy jesteśmy?
– Tak. Uczucia cię nie zniszczą, jeśli wiesz, kim jesteś. Jeśli znasz swoją wartość, jesteś odporny na odrzucenie. I ludzie to czują. Ale ja nie istnieję dla ich uznania – ono nie jest mi potrzebne do istnienia. To coś, do czego musiałem dojść.
– W utworze „Invincibility” śpiewasz o samotności.
– Uważam samotność za coś koniecznego i szczególnie wartościowego.
– Ale jest różnica między samotnością a osamotnieniem.
– Tak. Przychodzimy na świat samotni. Łakniemy uznania, ale go nie dostajemy – to nasz dramat. Jak w teatrze kukiełkowym, w którym pacynki odgrywają role indywidualności. Ale być indywidualnością to być samemu. Jest w tym coś boskiego, niepoznanego. To mnie fascynuje – także w „Thank You My Pain”.
– Jesteś pogodzony z bólem?
– Codziennie staram się go oswoić. To błogosławieństwo. Życiowa konieczność.
– Jesteś nie tylko muzykiem, ale i aktywistą. Jaką odpowiedzialność niesie to dla artysty dziś? Co możemy zrobić wobec ludobójstwa w Gazie czy kryzysu klimatycznego?
– Cieszę się, że mogę zaprotestować. Ale odpowiedzialność artysty nie należy do mnie – każdy artysta sam musi to określić. Ja chcę nieść radość. Jednak radość wynika z bezpieczeństwa, a ono z pokoju, który wymaga sprawiedliwości. Praca artysty może przyczyniać się do sprawiedliwości – także dla Palestyńczyków. Na scenie przekazuję jedno: potrzebujemy siebie nawzajem. Czekają nas kryzysy, dlatego musimy szukać podobieństw, a nie różnic. Zapraszam słuchaczy do dziecięcej uważności i ufności. Świat zależy od każdego z nas – od ciebie, ode mnie, od tych, których spotykam.
– Na twoim albumie pojawia się też miłość. Czym dla ciebie jest?
– Amerykański psychiatra Scott Peck pisał, że miłość to chęć poszerzenia własnych granic, by służyć duchowemu wzrostowi innych. Nie ma wrażliwości bez ryzyka, wspólnoty bez wrażliwości, pokoju bez wspólnoty. Tylko to nas ocali. To właśnie miłość.
– Jak bronisz swojej artystycznej wolności w erze algorytmów?
– Dzięki ludziom z mojego zespołu. Są dla mnie wszystkim. Pracuję nad doborem współpracowników, nad brzmieniem. Muzyka to łączność. Do tego jestem bardzo, ale to bardzo uparty. Uparłem się, że zrobię album o sobie – o drodze, którą przebyłem. I to się udało. Ludzie słuchają mnie, płaczą, wierzą mi. Czego mógłbym chcieć więcej?

Zostaw odpowiedź