„Hej, wyłącz autotune’a – włącz mi poważny sound” – jak młodzi zmieniają Polskę i jak Polska zmienia muzykę.
Młodzi nie chcą słuchać o kompromisach – chcą słuchać prawdy. I mówią ją przez autotune’a. To nie Zalewski, nie Matylda Damięcka i nie politycy, ale Sobel i Bambi pokazują, jak naprawdę wygląda Polska w 2025 roku: z zacięciem, bez nadziei i z jointem w ręku. Bez udawania, że jest dobrze.
Ostatnie wybory po raz kolejny wyraźnie pokazały nam, gdzie jesteśmy – na rozdrożu. Polska jest podzielona na pół, bo trwa walka na noże, a politycy wygłaszają żenująco puste frazesy. W programach wyborczych brak oferty dla młodych. I nie mówię o aborcji nawet, dyskryminacji kobiet czy przemocy w życiu publicznym, skoro podstawowym problemem jest brak wsparcia osób wykluczonych.
Polityka was nie zna, muzyka was zdradza
Brak rzeczywistych propozycji dla kultury, która powinna być częścią infrastruktury społecznej. A od kultury, spraw społecznych i włączenia w tę narrację młodych zaczyna się realna zmiana państwa.
Gdzie to widać najdobitniej? W muzyce. Ale nie, nie tej z radia czy Eurowizji. Tylko tej z podwórek i dużych imprez, gromadzących fanów hip-hopu i rapu. Jej nie usłyszycie w oficjalnych kanałach medialnych. To środowisko ma swoje spędy, swoje festiwale, swoich artystów. Raper Kuban gromadzi na koncertach ogromne tłumy, każdy fan skanduje z pamięci refreny i całe zwrotki. A jak śpiewa Kuban – „Dostanę Fryderyka, odbierzemy go z kolegami najebani”. I dalej: „Sami swoi, nikt nie chodzi do „Mam talent”” – i jest to celna krytyka mediów i imprez mainstreamowych.

„Zaangażowani” twórcy w Polsce i celebryci zadowalają się obecnością w głównym nurcie i moralizowaniem w kolorowych magazynach („Pozuję na froncie okładki Vogue’a, uciekam myślami, gdy flash błyszczy mi w oczach, smarują mi ciało znów czystym złotem, myśli mnie leczą znów tanim słowem” – Bambi – rocznik 2003. I: „Nie ma chmur, więc zakładam nowe oksy Prady – Young Leosia, 26 lat). Wiecie: masz Balenciagę – czujesz, że żyjesz. A głos sprzeciwu i autentyczności pochodzi z miejsc, których establishment nie chce słyszeć. Nowa fala młodych muzyków nagrywa płyty, które trafiają w sedno społecznych lęków i nierówności. Bez opakowania, bez cenzury.
Głos blokowiska: Sobel, Bambi, Leosia
Politycy, komentatorzy z telewizji i gazet, tzw. autorytety – wszyscy tkwią w bańkach. Młodzi żyją w rzeczywistości. Dowód? „Kręcę loka, opuść ze mną lokal i pomóż mi wydawać euro w Vitkac” – śpiewa najlepszy (już) polski raper Sobel (rocznik 2001) na najnowszej, świetnej płycie „Napisz, jak będziesz”. I tak jest. Rodzice – aspirujący do klasy wyższej, cokolwiek to oznacza w Polsce dziś – ze swoimi snobistycznymi pracami na wysokich stanowiskach, w giełdach, w trzech firmach na raz, z lexusami, Vuittonami i „excelkami” „kupują” sobie dzieci. Wielka polityka ma w dupie zanikającą klasę średnią i jej ideały. I młodzież też, choć chętnie wyciera nimi gębę na wiecach.
Starzy kupują młodych. Ale nie ich czas. Młodzi spędzają go tak, jak pozwala im na to rzeczywistość: blant, dwudniowa domówka na całą chatę, dwie butelki na głowę, kawusia w Vitkacu i „euraski” jako lek na wszystko (jeśli ma się ten hajs).

Z mównic partyjnych płyną hasła o „sile młodych”; kandydaci obiecują mieszkania i kursy na prawo jazdy, a tymczasem młodzi mówią: „Mam dosyć, to nie żarty, na serio, już nie chce mi się nic” (Sobel). Banał? Niekoniecznie, bo za tym idzie prawdziwe zmęczenie – nie tylko systemem, ale i samym życiem.
W czym problem? W Polsce trwa nadal wyścig szczurów. Zmieniają się tylko dekoracje. „Money talk, talking money”, śpiewa Sobel na nowej płycie, i jest to właściwa diagnoza choroby, toczącej Polskę: bling, bling i przeliczania wszystkiego na „kaskę” („Ten stulejarz, prezes banku, no i w nocy jego żona, ona wiecznie podkurwiona, bo widzi, że sprawdzasz mi konta, brakuje ci zero na koncie? To dawaj przeleję, nie szkoda”, „wyzeruję konta, gdy zobaczę top jedynkę” – Bambi).
Oraz – nieumiejętności rozmawiania o miłości i o lękach („Mówiłam, że nie zmieni mnie fejm, alkohol, narkotyki, budzą mnie co rano telefonem ataki paniki […] Zawsze miałam wszystko mówić komu, dziś nie mam nikomu” – Bambi”).

Krzysztof Zalewski i inni docenieni przez branżę i fanów artyści z pokolenia 40+ nieco pozują na buntowników, ale ich teksty nie umywają się do krytyki systemowej i obrazu prawdziwej Polski z tekstów młodych raperów. Polski blokowisk i podmiejskich domów, miasteczka Wilanów, beemek 16-latków pożyczanych od starych, felusi, wódy, koki, złotych łańcuchów, karier obliczanych na wzór rodziców („Oni chcieli dać coś w barter, tu są za wysokie gaże, headhunter, zdiggowałam nowy talent” – Young Leosia).
W latach 90. Kaliber 44 śpiewał o czasach transformacji i o szmalu – „skąd go brać?” Dziś już wiadomo, skąd. Tylko nie wiadomo po co. Bo Polska już się nażarła, ale jeszcze o tym nie wie. „To nie jest sprawiedliwość i nie nazwę tego prawem” – to Young Leosia z Januszem Walczakiem i Bambi w „Dobrej robocie”.
No właśnie. Jakiego rodzaju bunt to jest? Polityczny? Społeczny? „W pracy ludzie mnie nie lubią, mówią o mnie: ‘pusta lalka’. W sumie mnie to nie rusza, bo do pracy chodzę w klapkach” – rapuje Bambi. Dalej w tym samym utworze: „Nie mam rodziców, mam ich pieniądze”. To nie jest już deklaracja buntu. To chłodna obserwacja rzeczywistości, w której kapitał zastąpił opiekę, a styl życia – sens. I dodaje: „Nie biorę leków na głowę, leczę się zakupami w Selfridges”.
Sobel, Bambi, Oliwka Brazil, Young Leosia nie piszą tekstów bezpiecznych, wysterylizowanych i robionych pod rozgłośnie. Jest tam blichtr i wielkomiejska pustka. Przewrotny auto-dystans wobec sceny i wielkiej kasy – jak w tekście piosenki Sobla: „Robię ruchy, bo na mieście lepiej z łańcuchem niż bez, nie chce mi się między smutnymi ludźmi przepychać, jestem profesjonalistą i to na płytach słychać”.
Dlaczego mainstream jeszcze nie ogarnia?
Nie wiem, może polski hip-hop zawsze był jakąś serią autotelicznych, zwodniczych ruchów, jak wyżej, „robionych” na haju pod blokiem? I to co się dzieje, nie jest żadną rewolucją? Może debiuty Taco Hemingwaya i MATY to ostateczne cezury w polskim hip-hopie, przesuwające ten gatunek w kierunku mainstreamu i tak już ma pozostać?

Ale jak słyszę, jak Bambi mówi: „Znam takie osoby jak ja, które nie są gotowe na życie w tym kraju, które nie umieją się odnaleźć, które przeżyły ogromny zawód i czują się porzucone przez rzeczywistość”. I jeszcze: „Jesteśmy pokoleniem rozkojarzenia, wyjałowienia, wygłodzenia i samotności. Wielu z nas nie umie już czuć” (źródło: YouTube).
I jak śpiewa o swojej muzyce i o muzyce głównego nurtu: „Niby pop, a pisze o mnie każdy hip-hopowy portal” – to wiem, że gdzieś padł tutaj strzał między oczy i że ktoś – może uprzywilejowani artyści głównego nurtu albo jakiś kandydat na prezydenta – wciąż niewiele z tej przemiany pokoleniowej zrozumiał.
Myślę więc, że Krzysztof Zalewski nie ma racji w swojej krytyce Sobla czy młodego hip-hopu. Jej symbolem stały się słowa Zalewskiego po ostatnich Fryderykach pod adresem raperów. Mają one znamiona pokoleniowego zadęcia i protekcjonalizmu: „ja wiem lepiej”, „wy nie macie klasy”, „wyłączaj autotune’a”. Ale może to uznani artyści się po prostu zestarzeli – nie fizycznie, ale mentalnie?
Bo autotune u Bambi i Sobla, czy ostatniej płycie Żabsona „Hollywood Smile” (płycie – american dream Żabsona) to świadomy cytat popkulturowy, a jak bardzo świadomy i dziś wszechobecny w popie i rapie z całego świata pokazują również ostatnie świetne płyty twórców zagranicznych, jak choćby Bad Bunny’ego, którego to album „DeBI TiRAR MaS FOToS” stał się już popkulturowym fenomenem.

Mamy więc towar eksportowy w postaci świetnego „Napisz jak będziesz” Sobla, który jest skrzyżowaniem trapu, R’n’B, emorapu, electropopu, dance i reggaetonu – czyli coś między Donem Toliverem (wystarczy posłuchać „Lose My Mind” czy „No Room For A Saint” zapowiadających „F1 The Album”), Travisem Scottem, Laną Del Rey z Quavo, Future’em i Bad Bunny’m. Do tego świetny flow, wybitny wokal i dobre teksty („Nie znam zbyt wielu potworów, jesteś jednym, w którego wierzę, I wiem, że dobrze wiesz, nie brak mi powodów, jak jointa palisz most, którym chcę wrócić do domu, i zwykle patrzysz, jak rozpada się, jak płonie”).
I drugą, dobrą płytę „Trap Or Die” Bambi, która nie jest żadnym hip-hopolo, jak złośliwie podkreślają często media głównego nurtu, tylko jak zwykle w przypadku utalentowanej, młodej raperki somnambulicznym tripem w nieznane.
Co z tym robi branża? Media? Ktoś traktuje poważnie tę zmianę jakościową w polskiej muzyce i uznaje ich za pokoleniowe odkrycia? Nie mówię o obecności Bambi na OFF Festival i Orange Warsaw Festival. Nie mówię o dokumentach typu „Cały ten rap”, gdzie ktoś próbuje ulepić z całego polskiego hip-hop-u jakąś bieda-socjologię. O wielkich tekstach, wywiadach, audycjach, które pokażą, że w tej muzyce nie ma nadziei na poklask, jest czasem potrzeba przeżycia – dnia, tygodnia, życia. Wypełnienia dziury egzystencjalnej, na którą nie pomoże impreza na pełną chatę, dwie butelki i blant.
Czego niestety branża nie widzi, za czym nie nadąża – tak jak za TikTokiem i streamingami. I za czym nie nadążają politycy. Może by oprzytomnieli, gdyby spojrzeli na komentarze pod piosenką Young Leosi na YouTube, gdzie 15-letnie dziewczyny piszą, że już nie chcą żyć? A może, jakby się dowiedzieli, jak się żyje w Polsce z pensją 3,5 tysiąca netto, z debetem na koncie i depresją po trzydziestce?
Dlatego młodzi piszą dziś teksty, które zostają w głowie dłużej niż jakiekolwiek hasło wyborcze. I może to nie jest ich bunt, tylko nasza porażka. I może wreszcie przestaniemy udawać, że „młodzi przesadzają”. Nie – to wy przespaliście rzeczywistość.

Zostaw odpowiedź