O części ciekawych (dla mnie) płyt pisałam w poprzednim podsumowaniu i właściwie dlaczego nie dołożyć czegoś do końca maja, który tuż tuż? Tym bardziej, że ostatnie miesiące obfitowały w naprawdę fajne albumy – niektóre prawdziwe zaskoczenia. Nie znajdziecie tu niestety (jeszcze) opolskich „Jedynek”, artystów z Polsat Hit Festiwal ani piosenki Justyny Steczkowskiej. Ale jeśli cenicie dobrą muzykę – kierunek👇
Los Thuthanaka „Los Thuthanaka” – fantastyczny, „rodzinny” debiut z Bandcampa, sztos i nowe otwarcie dla muzyki w ogóle – no tak, właściwie jakiej? Gitarowej? Korzeni? Lo-Fi? Rocka? Wszystko naraz i pozycja obowiązkowa.

Novika „Born Again” – bardzo dobry powrót królowej polskiej muzyki tanecznej po latach – tu we współpracy z Samborem.
Bielizna „Bagno” – po długim czasie wraca legenda sceny alternatywnej Trójmiasta i właściwie jeden z ważniejszych zespołów antysystemowych, co potwierdza nowym albumem. Dziękuję twórcom za ich muzykę, a Jarkowi Janiszewskiemu za trzeźwe podejście do otaczającej rzeczywistości politycznej Polski i świata – w szczególności za piosenkę „Mahsa Amini” („reżim wykończy każdą wolność”), świetne muzycznie „Epitafium dla Piotra Szczęsnego”, „Nie wolno” i tytułowe „Bagno”. I – obyście byli złymi prorokami.
Smerz „Big City Life” – kocham Norwegów, bo potrafią zobaczyć przyszłość w muzyce. Pop idzie tu pod rękę z rapem, elektroniką i R&B, ale nie tańczcie jeszcze do tego broń Boże! Trzeba usiąść, wchłonąć i tak grać, tak robić, tak słuchać.
Playboi Carti „ Music”– niezbyt popularny w Polsce raper, miłośnik blantów i tatuaży ma duży talent do hipnotycznego flow i świetnych hook’ów, tak samo zanurzonych po uszy w modern hip-hopie i punk rapie amerykańskim, co ich autor w dymie z trawy. Płytę można odchudzić o kilka numerów, ale i tak – jest OK.

Billy Woods „Golliwog” – tym razem rap ze sceny nowojorskiej, czyli cień i egzystencjalny niepokój przełamane syntezatorami, pianinkiem, wokalizami i smyczkami jak ze ścieżki dźwiękowej horroru. Jest strasznie i pięknie zarazem. Billy’ego na jego dziewiątym albumie solowym wspierają najtęższe głowy producenckie undergroundowego rapu USA. Płyta-koszmar – bardzo warto.
Ryby „Co dziś na obiad” – wołowina w sosie słodko-kwaśnym? Może carbonara? Nie, no mi też nie chce się gotować tylko dla siebie, więc faktycznie – niech będzie kasza. Czyli trochę kuchenno-pokoleniowego absurdu w wydaniu ulubionego zespołu poetów, dla poetów i dla zagubionych w wielkim mieście 45-latków – ale nie tylko! Ich nowa płyta to znów – świetne teksty Grzegorza Uzdańskiego i kapitalny rockowo-gitarowo-psychodeliczny sznyt, czyli coś, co misie lubią na obiad najbardziej.
Stereolab „Instant Holograms On Metal Film” – zespół-ikona, wyznaczający trendy w avant-popie przed 30-20 laty wraca naprawdę udaną płytą i to niejedyny dobry powrót (po 6 latach) na tej liście.
Erika de Casier „Lifetime” – koleżanka ML Buch i Smerz pokazuje jak sennie przejść od trip-hopu, przez aksamitny R&B do dźwięków „nowej ery”. Introspekcja, egzystencjalizm, aromatyzowane papierosy o 2 nad ranem w czasie pełni.
Oklou „Choke Enough” – jak wyżej tylko trochę więcej marzeń sennych i transu. Świetny, pełnoprawny debiut aktywnej od lat DJ-ki francuskiej – prosto z Poitiers.

Andre 3000 „7 Piano Sketches” – najgorsza płyta pianistyczna świata – czyli dla mnie najlepsza. Amatorski jazz z iPhone’a i starego pianina plus Andre 3000. Jestem na tak.
Beryllium „Kumonosu-jo” – japońszczyzna po polsku w najlepszym, awangardowym wydaniu. Mrok, improwizacja, sonorystyczne eksperymenty, czyli jak robi się dobrą muzykę inspirowaną dobrym filmem. Polecam tych państwa!
Głupi komputer „Jazz Not Found” – debiut-niedebiut, bo członkowie zespołu są dobrze znanymi muzykami. To nowa odsłona jazzu (czy jeszcze istnieje taki gatunek?) na pograniczu awangardy i rocka z elementami elektroniki i muzyki klubowej. Dobra, równa płyta. Trio wystąpi na Warsaw Summer Jazz Days. Warto.
Pulp „More” – jak zaświadczają dotychczasowe dwa single – może to być jeden z powrotów roku. Ciężko w to uwierzyć, ale będzie to pierwsza płyta formacji Jarvisa Cockera po 23 latach. Byłam już co prawda na studiach, ale jeszcze nosiłam martensy i słuchałam „We Love Life” do imentu. Dzieciaki! Ulubiony britpopowy (był kiedyś taki gatunek) zespół rodziców z czasów liceum wraca w wielkim stylu!
Alabaster DePlume „A Blade Because A Blade is Whole” – jak już pisałam na Facebooku – jedna z płyt roku. Saksofon, 10-osobowa mini orkiestra i spiritual jazz idą ręka w rękę z egzystencjalnym i bolesnym przekazem o wewnętrznej przemianie. Wszystko tu się zgadza – a nawet bardziej.
Nikola Kołodziejczyk Orchestra „Budyń o smaku Mickiewicza” – miłośnicy przeróbek wieszczów polskich na muzykę: nie słuchajcie Sanah, słuchajcie Kołodziejczyka i Jacka „Budynia” Szymkiewicza! Oraz – pamiętajcie Jacka. Pamiętajcie, please.
Sobel „Napisz jak będziesz” – na deser kontrowersje, czyli – co Ty tam wiesz o rapie. Może to już zresztą nie rap tylko muzyka miejska do tańca? Czy pop? Może to nie Polak tylko już Niemiec? Pragnę uspokoić fanów: płyta jest bardzo dobra.


Dodaj komentarz