Wolność, dźwięk i dojrzewanie. Rozmowa z Noviką

Novika to artystka, której głos i muzyka towarzyszą nam od lat — od czasów klubowej rewolucji po dojrzałe, osobiste opowieści zawarte w solowych albumach. Spotykamy się w momencie, gdy wiele w jej życiu zawodowym i prywatnym układa się na nowo. Rozmawiamy o muzyce, miłości, wieku, kobiecości i polityce — ale też o rowerze, który daje wolność, i Mr Lexie, z którym dzieli scenę i życie.

To rozmowa o tym, co znaczy być kobietą w branży muzycznej — kiedyś i dziś. O tym, jak zmienia się spojrzenie na siebie z perspektywy lat, i dlaczego warto doceniać każdy etap twórczości. W szczerym, pełnym luzu tonie Novika opowiada także o codzienności, emocjach i odpowiedzialności — zarówno jako artystka, jak i obywatelka.

Anna Gromnicka: Moim i waszym gościem jest Novika – DJ-ka, wokalistka, autorka tekstów, producentka i dziennikarka. Kasia, swoją nową płytę wydajesz po sześciu latach od „Bez Cukru”. Co działo się z tobą w tym czasie i jak dojrzewałaś do nowego materiału?

Warto może tylko przypomnieć, że w 2021 roku ukazała się też jubileuszowa kompilacja „Novika 2.0”, którą wydałam z okazji dwudziestolecia mojej działalności na scenie muzycznej. Zaprosiłam wtedy wielu gości, którzy na nowo zinterpretowali moje utwory z różnych okresów kariery. Byłam producentką tego albumu – organizowałam wszystko sama, co było ogromnym wysiłkiem. Zorganizowałam też jubileuszowy koncert w „Niebie”, z kwiatami, gośćmi – to był bardzo intensywny czas.

I mówię o tym tak szeroko, bo to też odpowiedź na twoje pytanie – co się ze mną działo. Po tym jubileuszu poczułam pewne rozczarowanie. Spodziewałam się większego zainteresowania tą kompilacją, liczyłam na więcej wyjątkowych koncertów. I zaczęłam się zastanawiać: skoro nawet tak atrakcyjna forma nie wzbudziła oczekiwanego odbioru, to czy kolejny album w ogóle będzie miał szansę przyciągnąć uwagę? Czy może to znak, że powinnam skupić się na pojedynczych utworach, a nie na dużych projektach?

I wtedy pojawił się Sambor. Zaproponował, żebym zapoznała się z jego umiejętnościami producenckimi – ja znałam go wcześniej tylko jako wokalistę. Nie miałam wielkich oczekiwań, ale coś mnie w jego propozycjach ujęło. I tak powstał nasz duet.

Wróćmy do tytułu płyty – Born Again brzmi symbolicznie. Czy czujesz się odrodzona – muzycznie, życiowo?

Myślę, że ten tytuł odnosi się i do mnie, i do Sambora. Ja rzeczywiście poczułam się odrodzona – z nową energią, z podejściem, które nie zakłada wielkich oczekiwań. Wróciłam do robienia muzyki z potrzeby serca – tak jak na początku kariery. Oczywiście dziś zwracam uwagę na kwestie techniczne: długość utworu, brzmienie, kompozycję – tego nie da się wyłączyć. Ale emocjonalnie to był powrót do źródeł.

Dla Sambora to z kolei było jak debiut – po raz pierwszy zajął się produkcją, a nie tylko wokalem. I zbiera za to świetne recenzje.

Jak wyglądała wasza współpraca i co ona wniosła do twojego brzmienia i podejścia do muzyki?

Nauczyła mnie bardzo dużo – przede wszystkim konsekwencji i cierpliwości. Sambor jest niezwykle pracowity i dopracowuje każdy detal. Wymagało to ode mnie mobilizacji – czasem musiałam znaleźć czas na pracę mimo zmęczenia czy innych zobowiązań. Większość pracy odbywała się online, ale mimo to mieliśmy bardzo twórczą wymianę.

Dużo się od siebie nauczyliśmy. Ja mam większe doświadczenie w branży – pracowałam w wytwórni, w radiu, wydałam sporo płyt – więc mogłam dzielić się tą wiedzą. Podzieliliśmy się też obowiązkami, co było dużym odciążeniem po latach pracy na własny rachunek. Dobrze mieć kogoś, z kim można dzielić odpowiedzialność.

Ta płyta jest spójna, emocjonalna i bardzo twoja. Twoja muzyka niesie w sobie duży ładunek emocji – co nie zawsze jest oczywiste w tym gatunku. Skąd potrzeba wprowadzenia takiej wrażliwości, humanistycznego podejścia do elektroniki?

Zawsze słuchałam elektroniki, która porusza. Dla mnie kluczowa była melodia i emocja. Uwielbiam artystów takich jak Moderat czy Apparat – ich muzyka, choć elektroniczna, bywa głęboko nostalgiczna. I to właśnie taki smutny wokal, a nie radosne plumkanie, potrafi najmocniej trafić do słuchacza. Elektronika, choć bywa kojarzona z imprezami, ma ogromny potencjał emocjonalny – wystarczy się w nią wsłuchać.

Jak oceniasz kondycję polskiej sceny tanecznej i elektronicznej?

To temat na osobną rozmowę! Obserwuję scenę trochę z dystansu, ale też przez pryzmat mojej córki. Młodzi wchodzą w nią z impetem – dziś DJ-em można zostać błyskawicznie, a kiedyś to był długi proces. Wciąż przyjeżdżają do nas wielkie gwiazdy za gigantyczne stawki, ale jednocześnie rozwija się lokalna scena: festiwale jak Las Festival czy Wisłoujście pokazują, że mamy świetnych polskich DJ-ów i producentów.

Brakuje natomiast profesjonalnych labeli. Wielu twórców zakłada własne wydawnictwa, ale bez zaplecza promocyjnego ich muzyka często znika w tłumie. Są wyjątki, jak Rysy, którzy przebili się szerzej, ale większość świetnych artystów pozostaje nieznana szerszej publiczności.

Często wspierasz młodych artystów. Czujesz z nimi pokrewieństwo, czy raczej dzieli Was różnica pokoleniowa?

Czuję ogromne pokrewieństwo i satysfakcję, że mogę im pomóc. Często doradzam, dzielę się doświadczeniem. To naturalne, bo jestem na scenie od lat i nie mam potrzeby rywalizacji. Zresztą fascynuje mnie ich wrażliwość – byłam niedawno na koncercie Wiktorii Zwolińskiej, dziewczyna ma 20 lat, a emocjonalnie jest daleko bardziej rozwinięta niż ja w tym wieku. Dawid Tyszkowski to kolejny przykład – młody, ale z ogromną dojrzałością. Mamy mnóstwo talentów, trzeba im tylko dać przestrzeń. Myślę zresztą o tym, co zrobić z tą potrzebą pomagania młodszym artystom, i chciałabym wykorzystać jakoś swoje doświadczenie i wiedzę w tym kierunku mocniej, ale to na razie niesprecyzowane, mgliste plany. 

Chciałabym się cofnąć o krok. Powiedz, Kasiu – przez wiele osób jesteś postrzegana jako jedna z osób, które wprowadziły alternatywę do mainstreamu w Polsce, obok Artura Rojka czy Smolika. Czy Twoim zdaniem w Polsce wciąż istnieje prawdziwy underground? Coś, co naprawdę jest niezależne, a jednocześnie może wpływać na główny nurt?

Istnieje, ale to, czym ja się zajmuję, nie jest rzecz jasna totalnym undergroundem. Zresztą sama mało się orientuję w tej scenie. Na przykład Thin Man Records to label, gdzie można znaleźć sporo alternatywy, ale to nie jest moja działka, więc nie chcę się wypowiadać jako ekspertka. Dla mnie najciekawsze jest zjawisko artystów, którzy czerpią z alternatywy, ale są przystępni – jak Ignacy, Wiktoria Zwolińska czy Przebiśniegi. To, co robią, można nazwać alternatywnym popem – coś pomiędzy niszą a radiem. A obok tego istnieje też masa zupełnie odjechanych projektów, o których pewnie obie nie mamy pojęcia.

Inaczej – czym dziś dla Ciebie osobiście jest niezależność w muzyce?

Tworzeniem poza dyktatem radia. Choć i tam czasem próbujemy się dostosować, to prawdziwa niezależność to artysta z własną wizją. Gdy podpisujesz kontrakt z dużą wytwórnią, ona często decyduje za Ciebie – przynosi gotowe piosenki, wskazuje kierunek. Coraz częściej artyści działają w oparciu o umowy licencyjne czy dystrybucyjne – robią wszystko sami, ponoszą koszty, zatrudniają ludzi do promocji. To jest niezależność, ale okupiona ogromem pracy.

A co sądzisz o modelu działania Spotify i podobnych platform? Dają szansę czy raczej wyciskają artystów?

Trudny temat. Byłam na wielu panelach, słuchałam opinii. Artyści, tacy jak James Blake, już się od tego odcinają, tworząc własne platformy. Bo niestety – te stawki są nieadekwatne do realiów. Streaming to dziś główne źródło zarobku z muzyki, a wpływy są dramatycznie niskie. A koncerty? Też coraz częściej trzeba wynajmować klub albo grać z biletów, bez gwarancji zysku. Mam nadzieję, że to się zmieni, ale dziś trudno być optymistą.

Co my jako odbiorcy, powinniśmy wiedzieć o waszej codzienności jako artystów w 2025 roku?

Że to nie jest życie usłane różami. To codzienna, ciężka praca. Pisanie, nagrywanie, social media, organizacja koncertów – grafik pęka w szwach. A do tego dochodzą kwestie takie jak brak zabezpieczenia zdrowotnego. Chciałabym, by zawód artysty był traktowany poważnie – zarówno przez państwo, jak i przez odbiorców.

Niektórzy wciąż uważają, że artysta „powinien sam o siebie zadbać”.

To niesprawiedliwe. A czasem wystarczy tak niewiele: kliknąć „lubię to”, napisać komentarz, udostępnić utwór. To wszystko naprawdę pomaga. Oczywiście – chodźmy na koncerty, jeśli się da. Ale czasem nawet zwykłe odtworzenieutworu w Spotify daje nam jakąś widoczność.

A jak Ty jako kobieta, artystka i człowiek – znajdujesz czas dla siebie? Masz hobby?

Oj, to trudne. Czasu wiecznie brakuje, ale czuję coraz większą potrzebę by go mieć – na książkę, kino, rozmowę. To inspiruje. Czas z przyjaciółmi to dla mnie oddech, źródło radości. A moje wielkie hobby to tenis. To moja forma medytacji – godzina skupienia na piłeczce, bez myślenia o niczym innym. I to działa! Moja córka mówi, że powinnam medytować, ale dla mnie tenis to właśnie to. Ta zielona piłeczka…

Coś w tym jest, że sport nas regeneruje – fizycznie i psychicznie.

Tak! Rower to dla mnie totalna wolność. Nawet jedna z moich piosenek powstała, kiedy jechałam na rowerze – opowiada o dziewczynie, która czuje się, jakby frunęła. I ja też tak mam. Rower resetuje mi głowę.

A jak wy z Lexem (partner Noviki) łączycie życie zawodowe z prywatnym? Oboje jesteście bardzo aktywni na scenie. Macie na to jakąś wypracowaną formułę?

No… kłócimy się – jak każdy. Przez lata dużo nad tym pracowaliśmy. Zdarzało się, że sprzeczaliśmy się nawet na scenie. Znajomi musieli nas brać na bok i mówić: „hej, to nie może tak wyglądać”. Teraz jest lepiej, ale wciąż bywa trudno. Lex jest bardzo spontaniczny. Kiedy pytam go, co dziś zagra, odpowiada: „zagram, co zagram”. Zero planu. Inni DJ-e przygotowują się, są konkretni, a Lex idzie na żywioł. Klubowe występy z nim to totalna improwizacja.

A koncerty z zespołem?

To zupełnie inna bajka – tam trzymamy się repertuaru z płyt. Teraz dołączył do nas Sambor. Jest struktura, są aranżacje. A z Lexem to „pełna jazda”.

Słyszałam, że Lex gotuje świetne obiady weekendowe.

Tak, ale głównie dla siebie! (śmiech) Czasem mnie dopuszcza, ale przy większych, rodzinnych spotkaniach, to on rządzi w kuchni. Jego potrawy – smak, wygląd – są na takim poziomie, że ja już się wycofałam. Oddaję mu to pole. A w dodatku gotuje bez mięsa.

Kasiu, obie jesteśmy dziećmi lat 70., więc zapytam: jak patrzysz na czas – wybierasz siebie młodszą czy tę bardziej dojrzałą?

Myślałam, że zapytasz o ageizm… Bo to naprawdę mocno czuję. Czasem mam wrażenie, że jestem na lekko przegranej pozycji – głównie przez wiek. Widzę, jak młodsze osoby mają łatwiejszy dostęp do różnych przestrzeni, do publiczności. Choć są wyjątki – jak Nosowska, która cały czas się rozwija. Więc to nie jest reguła. Ale ja to czuję.

Z drugiej strony – fajnie mieć w głowie to, co mam dziś. Bo kiedyś, na początku, totalnie nie doceniałam tego, co się działo. Czasy Sissy Records, współpraca ze Smolikiem, z Futrem – to był złoty czas fonografii. Mieliśmy niesamowite możliwości. A ja ciągle coś krytykowałam, czegoś mi brakowało. Dziś widzę, jak świeży i wyjątkowy był tamten moment. Tego nie da się powtórzyć.

Czym dla ciebie jest kobiecość? Nie chodzi mi o definicje, raczej o twoje osobiste skojarzenia.

Pierwsze słowo, które mi przychodzi do głowy, to… „trud”. Kobiecość wiąże się z pewnym wysiłkiem – odnalezieniem się w świecie, który często jest męski. Ale też z dojrzałością – niezależnie od wieku. Chodzi o to, żeby twardo stąpać po ziemi.

Dzisiaj – według ciebie – kobietom, a szczególnie artystkom, jest łatwiej niż kiedyś?

W klubowym świecie na pewno. Kiedyś dziewczyna za deckami była sensacją. Jak śpiewałam z DJ-em, właściciele klubów patrzyli na mnie podejrzliwie. Dziś to normalne. Ale w ogóle – kobiety zawsze były obecne na scenie. Myślę, że dziś kluczowe jest docenianie nas jako producentek, szefowych wytwórni, kompozytorek. Bo przecież potrafimy ogarniać ogromną materię, często lepiej niż faceci.

Czyli branża muzyczna też potrzebuje więcej kobiecej energii i feministycznych idei?

Zdecydowanie. I pojawia się coraz więcej inicjatyw, jak festiwale z kobiecym line-upem – na przykład Babie Lato. Ale mam świadomość, że statystyki są nieubłagane – jako autorki tekstów, producentki czy liderki zespołów wciąż jesteśmy w mniejszości.

W wytwórniach – chyba najbardziej?

Tak, jak rownież w agencjach koncertowych. Ciekawe, bo ja trafilam na dość wyjątkowy czas w fonografii.  Rządziły wtedy tzw. „żelazne damy”: Katarzyna Kanclerz w BMG, Małgorzata Maliszewska w Sony, Biljana Bakić… To były silne, konkretne osobowości, wszyscy się ich bali. 

Powiedz jeszcze – bo rozmawiamy o kobiecości, a to w Polsce dziś polityczny temat – czy masz sprecyzowane poglądy? Głosujesz?

Głosuję – zawsze! I agituję rodzinę i znajomych. Teraz po raz pierwszy głosowała moja córka – jestem z tego bardzo dumna. Polityką interesuję się umiarkowanie, ale chcę wiedzieć, co się dzieje. Lex jest świetnie zorientowany, więc często pytam jego. Korzystam też z podcastów, „Szkła kontaktowego”, słucham Radia 357 – tam są rozmowy na wysokim poziomie.

Mam jednak wrażenie, że jesteśmy przeciążeni tymi informacjami. Przeraża mnie, jak realna stała się wojna – coś, co jeszcze kilka lat temu wydawało się nie do pomyślenia. I to, jakie osoby zyskują dziś poparcie, mimo że w ogóle nie powinny wypowiadać się publicznie. To mnie naprawdę martwi. Ale powtarzam – nie wyobrażam sobie nie pójść na wybory. To nasz obowiązek.

Zgadzam się – kształtowanie postaw obywatelskich to coś, co zostaje z nami na całe życie. Kasiu, bardzo dziękuję Ci za rozmowę. Moim i Waszym gościem była Kasia Nowicka – Novika. Do zobaczenia.

Dziękuję, do zobaczenia!

* Powyższy wywiad ukazał się w moim podcaście „NA WŁASNYCH FALACH” – do obejrzenia na Spotify i na YouTube:

, , , , , , , ,

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z anjapisze

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej