Jestem polską kobietą i śpiewam. Tylko po co?

„Jestem kobietą, słodkie żywioły we mnie śpią” – jak show-biznes od lat 90. formatował wizerunek kobiet w polskiej muzyce. I dlaczego nadal to działa.

Występ Justyny Steczkowskiej na Eurowizji. Edyta Górniak na Polsat Hit Festiwal 2025. Dwa różne wydarzenia, dwa pozornie sprzeczne obrazy kobiecości. W rzeczywistości – ta sama stara narracja: kobieta ma wyglądać, uwodzić i nie narobić rabanu. Może być diwą, może być wiedźmą – byle nie była rewolucjonistką. Taki wizerunek kobiety w polskiej muzyce żyje i ma się świetnie – ku uciesze patriarchatu i wiecznie głodnego „męskiego ucha”. I telewizyjnych norm z plastiku.

Steczkowska i Górniak – dwie strony tej samej monety

Eurowizyjny „występ-widowisko” Steczkowskiej był próbą zbudowania hiperwizerunku. Przerysowana seksualność, gotycka stylizacja, pirotechnika i zero pamiętnej melodii. Czy ktoś z was potrafi zanucić tę piosenkę?

Internet się zachwyca: „ależ głos!”, „świetnie wygląda jak na swój wiek”, „super forma”, „niesamowita energia”. Inni – „niech już niańczy wnuki, a nie macha nogami”. Nikt nie mówi o muzyce. Liczy się ciało. Forma. Wiek. Figura.

Edyta Górniak, z kolei, znów śpiewa „Jestem kobietą” Jacka Cygana. Kiedyś to był hit – dziś to manifest infantylizacji kobiecości: „Wodą, ogniem, burzą, perłą na dnie”. Diwa o pięknym głosie na koturnach w zwiewnej sukni. Seksowna, ale bezpieczna. Pożądana, ale nieszkodliwa. To nie kobieta z krwi i kości – to archetyp z reklamy kremu do twarzy. Powiecie – nasza Celine Dion.

No niestety, ostatnia płyta Dion była co najmniej przyzwoita. Ostatniej płyty Edyty Górniak już nie pamiętam, a jej dokonania influncerskie z zeszłej dekady pokazują, że pozostała królewną na ziarnku grochu w polskim showbiznesie. Ostatnio polska gwiazda ogłosiła, że nie zamierza więcej występować w Opolu. Mam nadzieję, że tam na serio nie wróci. Ani ona, ani Doda, ani inne plastikowe artystki sprzed dekad.

Kobieta na scenie – młoda, seksowna i strawna

W polskiej muzyce kobieta nadal musi być ładna, jędrna i do strawienia. Może być dzika, może być smutna, ale musi to robić estetycznie. Seksualność? Albo falbaniasta, albo przerysowana. Emocje? Bez gniewu. Bunt? Ale w granicach formatu TVP.

Dojrzałe artystki? Jasne, byle się nie zestarzały. Twarze wygładzone, życiorysy zretuszowane. Kobieta ma być diwą – zdefiniowaną przez mężczyznę. Mężczyzna na scenie dojrzewa, kobieta się starzeje. Artysta to legenda. Artystka – „gwiazda, która już nie świeci”.

Widzimy to na przykładzie Nosowskiej, której okładka w „Twoim Stylu” wyglądała jak nieudany deep fake. Widzimy to u Kayah, która choć walczyła o swój głos ponad 20 lat temu, nadal musi walczyć, żeby nie zostać zaszufladkowaną jako „ta od Testosteronu”. Kayah jest dla mnie postacią problematyczną: od lat jest jednym z czołowych głosów polskiego popu, kobietą, która zmieniła przez dziesięciolecie wizerunek polskiej artystki w showbiznesie. A jednocześnie jej koncesje czy choćby ciągła współpraca z Goranem Bregoviciem każą powątpiewać w to, jak poważnie traktuje ona swoją pozycję.

Zachód: śpiewa się, nie wygląda

Zajrzyjmy za granicę. PJ Harvey, Björk, Kim Gordon, Kate Bush, Stevie Nicks, Beth Gibbons, Siouxsie Sioux – tam kobieta może być artystką. Może brudzić, krzyczeć, niszczyć. Kląć. Może wyglądać, jak chce. Bo liczy się przekaz. Bunt. Głos. Kreacja.

W Polsce? Nadal gonimy za dioramą „diwy”. Może to efekt późnego kapitalizmu i PRL-owskiej traumy, odizolowania od trendów za żelazną kurtyną. Ale po ponad 30 latach transformacji można by oczekiwać czegoś więcej niż nostalgia i różowy puder.

Gdzie jest gniew?

W polskiej muzyce kobieta na festiwalu śpiewa głównie o złamanym sercu. Melodyjnie. Ładnie. Smutno. A gdzie gniew? Gdzie brud? Gdzie trauma? Gdzie eksperyment?

Artystki, które przełamują ten schemat – Brodka („Brut”), Natalia Przybysz („Tam”), Mery Spolsky („Disko in my pussy”), Rosalie, Daria ze Śląska, Siksa – są gdzieś tam odstawiane do niszy: „za trudna”, „za brzydka”, „za feministyczna”, „za dziwna”. Nie umalowana. Klnie. Po co jej to?

Tymczasem to one pokazują, że kobieta w muzyce może być inna niż tylko ładna i smutna z powodu faceta. A jeśli jest – to na sposób kampowy czy prześmiewczy. I to, że najostrzej o otaczającej nas rzeczywistości dziś śpiewa 21-letnia Bambi, mówi o polskiej scenie popowej więcej, niż chcielibyśmy przyznać.

Testosteron rządzi show-biznesem

Kto decyduje, co się w Polsce gra i kto występuje na wielkich show? Mężczyźni. Szefowie wytwórni (Universal, Warner, Sony, Kayax, Agora). Telewizja. Kontakty w mediach. Męscy producenci, reżyserzy, właściciele festiwali. Głos kobiety musi się mieścić w ich kanonie: ma być atrakcyjna, melodyjna, niekontrowersyjna.

Kayah śpiewała o tym w „Testosteronie” już ćwierć wieku temu. I co? I nic. Dalej ten sam męski głos decyduje u nas, co brzmi „dobrze”. Mamy więc Dody i Steczkowskie, które są królowymi każdej imprezy telewizyjnej, a nie Spolsky i Przybysz. Bo te drugie „nie pasują do formatu”, ponieważ „Polacy przez telewizorami tego nie lubią”.

Kobieta jako produkt

Popkulturowy wizerunek kobiety w Polsce? Zbieżny z reklamą sprzed lat. Ma palić papierosa (ale wyłącznie w towarzystwie mężczyzny), ewentualnie opiekować się dziećmi i jednocześnie wyglądać jak modelka z katalogu. Ewentualnie – w lateksie. Kobieta w muzyce, szczególnie w telewizji? Tak samo – seksowna, przewidywalna, „ładnie śpiewająca”.

Czy Doda, Margaret, Edyta Górniak to produkty czy artystki? Kto kontroluje ich wizerunek? One? Czy może panowie w garniturach? Ile w ich marce jest wolności, a ile przymusu?

Są wyjątki. Na szczęście.

Brodka – konsekwentna, niezależna, zmienna. Kayah – pionierka i promotorka. Młode alternatywki – Martyna Basta, Zuza OK, Monia Muc z saksofonem ze świetnego Ciśnienia, Oly. – z dala od festiwalowego plastiku. Young Leosia – z pazurem i własnym głosem. 

To one powinny grać na głównej scenie. To one wyznaczają nowe standardy. Nie są uładzone. Nie są ładne w klasyczny sposób. Są wolne. Prawdziwe. Potrzebne.

Nadchodzą – lub być może już nadeszły – złote czasy w polskiej muzyce. Takiego wysypu debiutów w alternatywnym popie dawno nie było. Młode artystki przebojem zmieniają oblicze brzmienia znad Wisły i mają szansę skutecznie wpłynąć na jego totalną zmianę. Podążajmy więc za tą rewolucją… 

… bo ona się dzieje już. Kobiety nie są tylko ozdobami

Czy możliwa jest zmiana architektury władzy w polskiej muzyce? Czy da się przesunąć punkt ciężkości z „ładnych głosów” na własne głosy? Głęboko w to wierzę – i wiem, że to konieczne.

By kobiecy głos – dosłownie i symbolicznie – był naprawdę słyszalny, potrzebna jest nie tylko odwaga artystek, ale i zmiana systemowa. Ta zmiana zaczyna się tam, gdzie dziś najrzadziej dociera mikrofon: w gabinetach decyzyjnych. W strukturach koncernów, wydawnictw, agencji koncertowych, redakcji muzycznych, komitetach programowych festiwali.

Czas wpuścić do tych miejsc młode i poszukujące kobiety: producentki, kompozytorki, wokalistki, które nie boją się być „za bardzo” – za ostre, za eksperymentalne, za niegrzeczne. Które nie kalkulują, czy spodoba się to na sopockim festiwalu albo czy zaakceptuje to dyrektor muzyczny rozgłośni.

Potrzebujemy parytetów. W kulturze. W show-biznesie. Na playlistach i w jury. Potrzebujemy kobiet, które nie są ozdobą męskiej wizji artystki, tylko twórczyniami własnej historii. Które nie są paprotkami na scenie, ale roślinami drapieżnymi – świadomymi, silnymi, z głodem wolności.

To nie jest fanaberia. To nie jest „feminizm z TikToka”. To podstawowy warunek zdrowego rynku muzycznego i kultury, która naprawdę odzwierciedla różnorodność społeczeństwa.

Zmiana jest możliwa. I – mam wrażenie – jest już tuż przed nami. Kibicuję jej. I chcę być jej częścią.

, , , , , , ,

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z anjapisze

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej