Między liturgią dźwięku, elektroniką i duchowością

Jeśli ktoś pamięta głośny debiut Lyry Pramuk sprzed pięciu lat – „Fountain” – to wie, że mieszkająca w Berlinie amerykańska multidyscyplinarna artystka uczyniła ze swojej pierwszej płyty manifest transhumanistyczno-queerowy.

Lyra jest transkobietą i w swojej muzyce dąży do rozmycia podziałów płciowych – ale jak sama mówi, prywatnie lubi poczuć się po prostu kobietą.

Teraz wydała kolejny (po „Delcie” z 2021 r.) album – „Hymnal” i część jej deklaracji znajduje w nim pokrycie, bo płyta jest zarazem intymna i delikatna, jak i monumentalna. Jak słyszę, Lyra idzie na niej jeszcze dalej i głębiej w swoich tożsamościowych i brzmieniowych poszukiwaniach. Owszem, transseksualizm jest dla autorki swoistym procesem duchowym i chętnie o tym opowiada. Ale nie jestem pewna – czy tu można mówić o poszukiwaniach? Każdy dźwięk jest tu odmierzony z medytacyjnym spokojem, a zarazem śmiałością i autentycznością, o które rzadko w tego typu muzyce.

Pramuk używa głosu jako głównego instrumentu i czyni to w sposób właśnie – instrumentalny. Wokal jest często przetwarzany cyfrowo, co ma tu pełnić funkcję metafory transformacji i tożsamości, pojmowanej w sposób nielinearny i niebinarny zaraz (do czego zaraz wrócę). Wielokrotnie modulowany, wyraża zmienność, płynność i przejściowość ludzkich historii.

Elektronika przyjmuje tu formę sakralną (album ma charakterystykę hymnu). Lyra odwołuje się w nim do form religijnych, ale pozbawionych instytucjonalnej oprawy czy znaków boskości – jeśli nie liczyć, rzecz jasna, samej doskonałości „Hymnal”.

Eksperymentalny ambient i cyfrowy minimalizm, które cechuje ta płyta, dają wspólnie dość medytacyjny kolaż dźwięków. Najciekawszego jednak zabiegu Lyra dokonuje ze swoim przetworzonym głosem – jego brzmienie jest zawieszone pomiędzy anielskim chórem a cyfrowym echem – nieludzkim i zarazem cielesnym.

„Hymnal” jest rzadkim przykładem tego, jak poprzez technologię można wyrazić sacrum. Artystka mówi o swoim albumie, że jest „duchowy, ale nie religijny” – tu zgoda w 100 proc. Jak w muzyce religijnej są w nim ukryte żałoba, tęsknota, żal, ale nie przynależą one do żadnej konkretnej religii: jest to coś na kształt liturgii nowych czasów, brzmieniowego rytuału, łączącego przeszłość (polifonie) i przyszłość.

Wróćmy na koniec do kwestii tożsamościowych. „Hymnal” to także (a może przede wszystkim) polityczny akt, w którym poszukiwanie i odzyskiwanie duchowości dokonuje się poza wszelkimi strukturami – władzy, patriarchatu i heteronormatywnych norm. Dźwięk staje się tu symbolem tego, czego wyrazić się już nie da.

Można mnożyć porównania Lyry do innych artystek z pogranicza, jak Meredith Monk, Arca czy Julianna Barwick albo ostatnio aya (której płyta hexed! w pewnym sensie koncepcyjnie przypomina album Pramuk) – ale, jak sądzę, nie ma to wielkiego sensu: „Hymnal” to dzieło skończone, mimo, że zawieszone między cielesnością a technologią, dźwiękami generowanymi sztucznie, a duchowością. Elektronika nie jest tu pustym efektem – to język duszy.

, , , , , , ,

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z anjapisze

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej