Dlaczego właściwie Alanis Morissette, zwykła „dziewczyna z sąsiedztwa” w długich, ciemnych włosach, nazywana królową alt-rockowego gniewu, stała się ikoną lat 90.? Odpowiedź nie jest prosta, tak jak wcale nie jest prosta jej muzyka, w której odbijają się wszystkie rozczarowania i nadzieje młodego pokolenia tego czasu. Przejdźcie ze mną przez tę historię.

Jest rok 1995. Tydzień po zakończeniu licealnego roku szkolnego. Początek wakacji, rok przed maturą. Nie dzieje się nic. Do wyjazdu są dwa tygodnie. U siostry w pokoju siedzą dwie koleżanki z college’u z zagranicy, Norweżka i Holenderka. Zaczynamy gadać, ale przeszkadza mi muzyka. „Wiesz”, mówi jedna z dziewczyn, „nie mogę ściszyć, zwariowałam na punkcie tej płyty. Jej trzeba słuchać głośno”. I wręcza mi CD, z którego patrzy w bok wielkimi oczami blada brunetka. „Jagged Little Pill” – to tytuł na okładce. Pytam czy mogę posłuchać. Gościnie pożyczają mi album. Reszta moich upalnych wakacji upłynie z „You Oughta Know” i „Hand In My Pocket”.
Na tej płycie, która była wielkim eksperymentem Alanis i świetnego producenta Glena Ballarda, rock alternatywny składa pokłon pokoleniu post-grunge – rezultatem jest pop-rock nowej jakości. Sprzedała się w 33 milionach egzemplarzy (jeden z najlepiej sprzedających się albumów w historii), dostała 9 nominacji do Grammy, otrzymała pięć statuetek. Przeczytałam kilka tekstów na temat Alanis przed jej czerwcowym koncertem w Warszawie – żaden nie chwyta sedna jej popularności. Dlaczego właściwie i ja, i moje koleżanki siedziałyśmy w pokoju w lipcu, w biały dzień z opuszczonymi żaluzjami, wciąż od nowa odtwarzając „Jagged Little Pill”?
Przyjrzyjmy się zatem, skąd 30 lat temu wzięła się historia najpopularniejszej płyty nagranej przez kobietę w latach 90.
Chwilę wcześniej przeżywaliśmy koniec zimnej wojny, rozpad starych porządków, chaos w Europie, którą rządziła niepewność do co przyszłości i rozczarowanie wczesną transformacją w krajach Bloku Wschodniego. W USA i Kanadzie do głosu dochodzi neoliberalizm, rozkwita kultura indywidualizmu – która miała też swoje ciemne strony (o czym śpiewała Nirvana i Pearl Jam). Nikt o tym nie pisze jeszcze, ale lata 90. to postępująca alienacja ludzi młodych, której przyczyną był rozwód z „amerykańskim snem”.
Popkultura – co pokazywały nam postacie Kurta Cobaina i Eddiego Veddera – rejestruje introspekcję, ciemne emocje i rozpacz tego pokolenia. Ono nie za bardzo wie, co ze sobą zrobić i jak o sobie mówić. Czy wolno mi powiedzieć głośno, że mam ataki paniki? Że rzucił mnie chłopak i chcę się zabić? Czy mogę powiedzieć/śpiewać prawdę? Czy muszę stale udowadniać, że jestem perfekcyjna, żeby zasłużyć na aprobatę innych?

Powiedzmy też szczerze, że Alanis nie była ze Stanów, co pozwalało jej patrzeć na kulturę pop z boku – jak outsiderce. Kanada była wówczas (także muzycznie) krajem pogranicza, co gwarantowało jej twórcom niejako więcej introspekcji, dystansu wobec całego popowego plastiku i blichtru. I Alanis i Glen Ballard, producent „Jagged Little Pill”, mieli tego świadomość, tworząc ten album. To było ich siłą.
Na tym tle rozkwita w świecie w dodatku trzecia fala feminizmu – nowych głosów kobiecych, walczących nie tylko o prawa, ale i przestrzeń ekspresji i prawo do buntu. Lata 90. to bomba z opóźnionym zapłonem. I tu wkracza Alanis ze swoim gniewem i buntem – nie pojawiła się rzecz jasna znikąd. Przed nią mieliśmy całe pokolenia kobiet, które stały się fundamentem dla jej muzyki (z czego świetnie zdawał sobie sprawę producent płyty Morissette, Glen Ballard).
Alanis przejęła wściekłość i autentyczność Joan Jett, Patti Smith, Chrissie Hynde i Siouxsie Sioux – ale przefiltrowała przez popowe i introspektywne brzmienia lat 90. To kobiety rocka były poprzedniczkami kultury „confessional” lat 90. – mówienia prawdy o sobie bez cenzury. I bez usprawiedliwień. Znakiem czasów, właśnie także dzięki Morissette, staje się gniew i szczerość.
To ona sprawiła, że w czerwcu 1995 roku, gdy „Jagged Little Pill” pojawiła się w sklepach, z miejsca stała się emocjonalnym manifestem pokolenia, którego zbiorowymi cechami były frustracja, złość, rozpacz, ale też autoironia i dojrzałość. To ona śpiewała: „Isn’t it ironic?” czy rozpaczliwie – „I’m broke but I’m happy”. W tym wszystkim Alanis zagrała rolę anty-pop girl: surową, prawdziwą, niepasującą do estetyki grunge’u, ale bliską jego ducha (jak Cobain – mówiła: „I’m messed up”, a nie – „I’m perfect”).
Jej odwaga mówienia o seksualności, żalu, zranieniu, depresji, anoreksji wcześniej nie była spotykana w mainstreamie śpiewających kobiet. Do tego dodajmy, że przecież Morissette bywała przez recenzentów oskarżana o pretensjonalność, a sukces albumu był niespodziewany dla niej samej, o czym wiele razy mówiła.
Wspomnijmy jeszcze o rozwijającym się – czy właściwie wybuchającym – jako odleglejsze, ale nie mniej znaczące tło tej historii momencie, gdy telewizja muzyczna i radio szukały nowego języka po nieco wyeksploatowanym grunge’u. Alanis trafiła w ten moment jak w dziesiątkę na strzelnicy. Pokolenie MTV i VIVY! Odnalazło w niej pierwszą w pełni autentyczną gwiazdę, która po prostu mówiła brzydko, szczerze, wprost – i nie bała się tego. Mówiła – jestem popieprzona, czy to ci się podoba, czy nie.
Czym innym był tytuł „You Oughta Know” niż hymnem zdradzonej dziewczyny, wyśpiewanym w radykalnie nowy dla kobiet w mainstreamie sposób: niegrzeczny, pełen złości? Jakby chciała temu gościowi powiedzieć: „spieprzaj i nie wracaj”. I każda dziewczyna szukała wtedy takich słów i chciała takiego języka – nie milczenia. Nowego języka gniewu.

To dlatego Alanis się stała ikoną pokolenia. Była pierwszą artystką, która połączyła emocjonalną intensywność rocka z melodyjnością popu i narracją songwriterską. To ona pierwsza mówiła głosem młodych kobiet lat 90., które nie chciały już być grzeczne i obojętne. To jej piosenki antycypowały uczucia, których młodzi jeszcze do końca nie potrafili nazwać – frustracji, braku tożsamości, poszukiwania sensu w bezsensie politycznej i społecznej rzeczywistości, gdzie tak naprawdę musisz radzić sobie sam (no, chyba, że masz bogatych starych).
I jeszcze jedno – najważniejsze – to Alanis pokazała, że gniew może być kobiecy i liryczny. W wywiadzie, którego mi udzieliła przed 13 laty, przed jej hamburskim koncertem, na którym prezentowała swoją nową płytę „Havoc And The Bright Lights”, wyznała, że czasy popularności „Jagged Little Pill” zaowocowały ogromną presją, by wciąż nagrywała takie konfesyjne albumy, będące hymnem pokolenia. A ona miała już inne problemy, i chęć na normalne zwykłe życie, u boku swojej rodziny.
To też pokazuje, że każda ikona się z czasem syntetyzuje, zmienia, gaśnie. Czasy się zmieniają. Jedno pozostaje stałe: potrzeba autentyczności, gniewu, wypowiedzenia szczerze tego, co nam nie pasuje. Za to podziękujmy, my kobiety Alanis: to ona nam pokazała, jak wyciągnąć środkowy palec – w stronę opresyjnego środowiska, sytemu, faceta. I dawnej wersji samej siebie. Po prostu po to, by móc iść dalej z podniesioną głową.
Alanis nie była po prostu głosem pokolenia. Była jego katharsis – cichym krzykiem i głośnym szeptem. Dzięki niej tysiące dziewczyn, z Norwegii, Polski czy Kanady, mogły wreszcie powiedzieć to, co długo dusiły w sobie: „nie zgadzam się”, „mam prawo czuć”, „mam prawo być wkurwiona”.
I dziś, kiedy słucham tej płyty znów – wiem, że te pigułki wciąż działają. Nawet jeśli są trochę gorzkie.

Zostaw odpowiedź