To kobiety są dziś jednymi z najważniejszych narratorek polskiej sceny muzycznej. Wnoszą nowy język emocji, szczerości i odwagi, zarówno w popie, alternatywie, jak i rapie. Bo w końcu – ile można żyć latami 90.?
Powiedziałabym, że czas odmiany nadszedł i muzyczna bańka pękła. Czy na największych festiwalach telewizyjnych wreszcie zobaczymy kobiety, które – poza wyglądem czy image’m – oferują nam głębszy przekaz, emocje, umiejętności pisania dobrych piosenek i produkowania ich?
Bo takie kobiety są w polskiej muzyce. I coraz częściej ich występy są głównymi punktami programów festiwalowych, na razie alternatywnych.

Nadzieja nie tylko w kilku artystkach średniego pokolenia, ale w debiutantkach, które na swoich płytach opowiadają o własnych, prawdziwych, trudnych historiach. Dziewczyny, które wchodzą do show biznesu lub już w nim czują się pewnie, inspirują się światem. Kierują się globalnymi trendami muzycznymi – indie-popem, r’n’b, ostrzejszymi gitarowymi brzmieniami, elektroniką, jazzem, trip-hopem. Jednak ich muzyka jest osadzona w polskim doświadczeniu, tekstach i klimacie.
Najciekawsze jest to, że debiutantki i bardzo młode artystki pokazują, że nie trzeba iść już drogą śpiewających i grających chłopaków z głównego nurtu, by odnieść sukces.
Krajobraz muzycznej Polski: jakie są artystki nowej generacji
Właściwie, to można nawet zaryzykować tezę, że to kobiety wyznaczają emocjonalny pejzaż współczesnej Polski. Śpiewają intymne i szczere teksty o sobie, które stają się dobitnym résumé społecznym, pokazują jak w soczewce zmieniające się standardy relacji, wprost mówią o wykluczeniu, odrzuceniu, wściekłości, chorobie lub alternatywnych światach – nawet jeśli pozostają kobiece.
Dowód to Wiktoria Zwolińska, Livka, Oly., Young Leosia, Dominika Płonka, Ania Szlagowska, Karolina Charko i inne.
Artystki starszego pokolenia, jak Bovska (debiutancki album „Kaktus” wydała w 2017 r., w muzyce łączy electro i artpop z rockiem), folkowo-indie-popowa songwriterka Kaśka Sochacka (debiut „Ciche dni” z 2019 r., za płytę „Ta druga” otrzymała Fryderyka), superutalentowana i subtelna Daria ze Śląska (nagrodzony Fryderykiem debiut „Tu była”, nagrany przed dwoma laty – a za kolejną płytę „Na południu bez zmian” również otrzymała statuetkę) czy bardzo autentyczna, a przy tym, co ważne, ironiczna Mery Spolsky (za album „EROTIK ERA” – nominacja do Fryderyka 2024) zmieniają obraz polskiego popu.

Sochacką lubią wszyscy: i przeciętni słuchacze, i bywalcy alternatywnych festiwali, i krytycy. A Daria ze Śląska już dołączyła do kanonu indie-popowych autorek lirycznych tekstów. W jej tekstach kolokwialny język łączy się z bezkompromisowością. Jest bezkompromisowa także w stosunku do samej siebie, „gubiącej zasięg”. To wszystko u niej łączy się z komentarzem społecznym i autorefleksją.
Cenię niezwykle Darię i mam nadzieję, że nie da nam świętego spokoju i będzie zasypywała nas coraz to lepszymi tekstami i melodiami. Ona sama określa się po prostu jako „Daria”, i – jak mówi – stawia teksty na pierwszym miejscu, widząc w nich opowieść, która ma budzić emocje. Jej piosenki są bardzo osobiste i często eksplorują „brud i dziwność”, na które Daria natrafia w życiu.
Walczyć ze stereotypem – i w muzyce, i w życiu
Myślę, że kluczowe jest to, że wszystkie te artystki przełamują stereotypy kobiecości w muzyce, łącznie z treścią tekstów i image’m: Daria ze Śląska jest zwykłą, skromną dziewczyną w czarnych dżinsach i koszuli.
Kaśka Sochacka (porównywana z Feist i Aurorą) walczy o swoje gitarą, ale i intymnością, i szczerością tekstów o miłości i odrzuceniu (w „Spokojnie” z płyty „Ta druga” metaforyzuje: „muszę czymkolwiek zająć głowę, GPS mi mówi, że na moście korek […] niech nikt nie pyta, co mi jest, za chwilę zwolnię”).
Sochacka jest skryta, nie udziela się zbytnio w show biznesie, poza koncertami, i chroni swój wizerunek prywatny. Sama podkreśla, że w muzyce ważne jest słuchanie siebie i robienie piosenek, które podobają się jej samej w pierwszym rzędzie. Fajnie, że mamy artystki wierne wewnętrznemu głosowi, a nie ilości odsłuchów na Spotify’u. Fajnie, że ich muzyczne poszukiwania, w ramach indie-popu i szeroko pojętej alternatywy mają wpływ na młodsze, czasem nieledwie dwudziestokilkuletnie koleżanki.
A przede wszystkim – one wygrywają autentycznością. I nie chodzi o to, że dostają pozwolenie, by tak robić. Że w wytwórni ktoś wpada na pomysł, żeby wylansować ich bunt. Robią to same, na przekór. Show biznesowi, facetom w nim i przaśnym trendom megafestiwali telewizyjnych i programom robionym na formatach, których gwiazdy rządzą w mediach głównego nurtu.

Najważniejsza jest obecność kobiet na festiwalach alternatywnych, ostatni z nich – Great September – zebrał śmietankę młodych wykonawczyń (wśród nich Clayknot, Pola Maj, Domi/Nika, AEMLX, Ania Cringe, Zofia Justyńska, Zuzanna Całka, Wiktoria Zwolińska, Ruskie Kotki, Odet, Julia Mreńca i inne).
Eliminacje do festiwalu piosenki autorskiej Cała Jaskrawość wyłoniły cały zestaw utalentowanych śpiewających dziewczyn. Każda z nich mówiła przy tej okazji o fantastycznej atmosferze na nim panującej, wspólnego śpiewania i muzykowania, wymiany doświadczeń. Żadnej rywalizacji.
Autentyczność, wielogatunkowość, muzyczna ewolucja
Coraz więcej artystek mamy w line’upach Open’era, OFF-a, Taurona, Męskiego Grania. Widać też, że słuchacze oczekują kobiecych głosów, które są już gwiazdami kolejnych pokoleń, jak choćby wciąż rozwijające się muzycznie (każda w swoim stylu) siostry Przybysz, Monika Brodka – wzorzec metra z Sevres kariery wokalistki – stale redefiniująca swój image i przekaz, czy sanah – już popowa ikona, przyciągająca tłumy.
Koncerty tej ostatniej mają ogromną siłę emocjonalną, wspaniałą oprawę wizualną i produkcję, choć rzecz jasna można dyskutować ze stylem jej poetyckich piosenek. W czym tajemnica? Może w tym, o czym mówiła Brodka w wywiadach: – Ja nigdy nie chciałam tylko odcinać kuponów od tego, co już jest.
Wszystkie te dziewczyny, prócz tego, że odcinanie kuponów im także nie grozi, są też nieustanną inspiracją dla młodszych artystek, co pokazała ostatnia edycja Great September, na której było miejsce dosłownie na każdy gatunek muzyczny. Gwiazdą festiwalu była m.in. Kaśka Sochacka.

Ale widać, że publiczność akceptuje przejście od mainstreamu po niszę, i już sama szuka nie do końca oczywistych brzmień czy nowych nazwisk. Chce słuchać czegoś między nurtami, np. Natalii Szroeder, która gładko przechodzi od popu w stronę alternatywy. Warto wspomnieć, że siłą polskiej muzyki stają się też gwiazdy Internetu, jak Young Leosia, kontrowersyjna Oliwka Brazil, a szczególnie Bambi. One pokazują, że kobiecy rap i pop też jest głosem generacji. „Chodź pokażę ci mój blok, ja pokażę ci mój lot, ja pokażę ci mój lifestyle” – śpiewa Bambi.
To jej pokolenie wprost mówi ich głosem o samotności, wyobcowaniu młodych, zagubieniu w świecie i wszechobecnej żądzy pieniądza, wsadzając szpilę konformistycznym „boomerom” i show biznesowi. Ich teksty bywają wulgarne, bywają dissami, wymierzonymi w kolegów z branży, ale ostrzegają też, że warto się z tymi raperkami liczyć, bo to m.in. one i im podobne będą rozdawały karty w muzyce za kilka-kilkanaście lat.
Siła alternatywy czyli jak zmieniają się polskie artystki
Siłą kobiet w polskiej muzyce i na scenie niezależnej są też alternatywne narracje, szczególnie mi bliskie. Dziewczyny nadają nową jakość eksperymentom muzycznym, dzięki łączeniu elektroniki, folku, jazzu, indie-popu, ale też zdarza się – awangardy, jak znakomita Maja Laura. Ona znakomicie czuje się w swoim, własnym świecie: mrocznych piosenek, często z jazzowym pazurem, często z elektronicznym podbiciem i elementami improwizacji czy eksperymentu.
Osobiście też bardzo doceniam twórczość Resiny i Martyny Basty: pierwsza łączy wiolonczelę z elektroniką, druga – eksperymentalną elektronikę, eksperyment i ambient. Jestem także wielką fanką Malej Herby, czyli Zosi Hołubowskiej, queerowej artystki, nawiązującej do słowiańskich korzeni.
Wiktoria Zwolińska stała się głosem młodego pokolenia w kilka miesięcy. Niewątpliwie przyczynił się do tego jej intymny, odważny i szczery album „Przebłyski”, nagrany w wieku 19 lat. Piosenki takie, jak „Jak Matylda”, „Nie wiem, gdzie jestem”, „Przypadkiem” stały się generacyjnymi hymnami. Nie stało się tak bez przyczyny. Są bardzo ważne dla młodych, wkraczających w dorosłość.
Wiktoria śpiewa o własnych doświadczeniach, przefiltrowanych przez niebanalny pop (płytą opiekował się jeden z czołowych kompozytorów, Błażej „Lessman” Sudnikowicz). Jak mówiła mi w wywiadzie:
– „Przebłyski” to była konfrontacja z emocjami, przed którymi się broniłam. Często nie pamiętałam szczegółów tych zdarzeń, a gdy wracały jako flashbacki – wywoływały lęk i niepokój. Nagranie płyty pomogło mi to przepracować, trochę sobie ulżyć – opowiadała. Dziś jej muzyka pomaga innym.

Bardzo dobry debiut Dominiki Płonki, zatytułowany „Dominika Daniela”, pokazuje, że młode dziewczyny są świadome w relacjach, dojrzałe, jeśli chodzi o style muzyczne (i R’n’B, i elektronika), i nie boją się śpiewać o tym, że się boją i że „naiwni ci artyści, myślą, że ich sen się ziści” („Nie mam czasu na sb”).
Że ma się ciało, depresję, i prawo do tego, że się czasem nie daje tej drugiej stronie żadnych szans („wolałam cierpieć, bo tak działał mój świat” – „puzel”).
Bunt, emancypacja i rozwój
Dziewczyny wiedzą, czego chcą i do czego zmierzają. I to one dyktują warunki. Co może bardziej cieszyć? „Nikt mi nie będzie mówił, co i jak mam śpiewać. Doskonale wiem, jak ma wyglądać moja muzyka” – mówi mi w wywiadzie Maja Laura, która niedawno wydała unikatową, zarówno pod względem koncepcji, jak i brzmienia płytę „Czerwone słońce”.
I w końcu – te kobiety stają się ambasadorkami zmian obyczajowych i kulturowych. W tych przemianach istotne są nie parcie na szkło, jak w przypadku przebrzmiałych gwiazd sprzed 30 lat, tylko osobista spowiedź, nie muzyka z platform, tylko intrygujące, nowoczesne brzmienia przefiltrowane przez osobowość własną – nie cudzą. Przez własne opowieści i traumy.

To one są diagnozą współczesnej Polski. Zagubienia młodych, traum międzypokoleniowych, życia blokowisk, samotności 30-latków, znieczulicy. W końcu możemy powiedzieć, że ziściło się hasło: „Polska jest kobietą”. I – „polska muzyka jest kobietą”. Tą prawdziwą, niekoloryzowaną, z pazurami, zębami i potarganymi myślami. Mam nadzieję, że trafi ono do producentów telewizyjnych i festiwalowych. I że w końcu zmieni nam, do cholery, ramówkę.
Nowe pokolenie kobiet w muzyce kontra festiwale robione „siekierą”
Następne lata przyniosą nam być może wysyp kolejnych tak świetnych debiutów jak ubiegłoroczne i tegoroczne. Dziewczyny, kobiety, artystki się zmieniają, czas nieubłaganie wyprzedza telewizję i festiwale komercyjne robione „siekierą” pod lata 90. i hity sprzed lat – bo, wedle argumentów ich producentów, „to się sprzedaje”, „to się ogląda”, czy wreszcie – „tego chcą ludzie”.
Problemem staje się tu jednak nie fakt, że na scenę zapraszane są uznane artystki, tylko anachroniczność tej muzyki. Lata 90., wizerunek gwiazd i gwiazdeczek popu kolejnej dekady, piosenki, które wszyscy znamy, image diw i lolitek – były i się skończyły. Współczesność domaga się nowej oprawy, nowszych brzmień, nowego przekazu.
Do nadawcy publicznego należy kształtowanie gustów, wpływanie na ogólny klimat kulturalny i muzyczny kraju nad Wisłą. Nikt nie zastąpi go w tej roli. Chyba, że sam abdykuje. Ale tego nam nie życzę.

Zostaw odpowiedź